Ukryty Kot

Lekcja duńskości

13 Sty , 2017  

Opowieści znajomych, a także własne doświadczenia, każą mi stwierdzić, że Polacy mają jeden główny problem, gdy tylko znajdą się poza granicami swojego kraju. Nagle czują się zagrożeni. Coś musi być nie w porządku. O co chodzi tym wszystkim ludziom? Na pewno nasrał na mnie ptak, albo zapomniałam zdjąć wałki. Albo oni po prostu knują coś strasznego.

Bo oto idę sobie spokojnie ulicą, nie robiąc absolutnie nic, a ten człowiek z naprzeciwka się do mnie uśmiecha. Nienormalny jakiś?

Nic to, minę go z podniesioną głową. Nie dam się zbić z tropu i w najbliższej witrynie ogarnę, co jest nie tak. A może po prostu mnie z kimś pomylił?

On jednak podchodzi bliżej i nagle ni z tego, ni z owego otwiera usta i mówi radosne „Hej!”. Jak to, do mnie?!

No tego już za wiele!

Drodzy rodacy – to nie inne narody zachowują się podejrzanie. To my jesteśmy niezwykle nieprzyjaźnie nastawieni do świata, a w każdym razie z natury ponurzy i ponad miarę podejrzliwi. To my zapominamy przywitać się i pożegnać w sklepie. To my mijamy ludzi na ulicy, nie poświęcając im ani odrobiny uwagi, chyba że akurat mamy ochotę zmierzyć kogoś wzrokiem. To my uczymy się w szkole zasad dobrego wychowania, a potem zachowujemy się, jakby wszystko nam się należało.

To z nami jest problem.

Nie potrafię zliczyć, ile razy na studiach przepraszałam za zachowanie kolegów. Ile razy wstydziłam się, chociaż sama nie zrobiłam nic złego. Na studiach właśnie najbardziej było widać ten problem. Paradoksalnie, bo przecież od kogo, jak nie od ludzi wykształconych oczekuje się dobrego wychowania. Mówienia „dzień dobry”, gdy wsiadamy do windy, pukania, przed wejściem do czyjegoś gabinetu, przepuszczania osób starszych, podpisywania maili imieniem i nazwiskiem (i nie pisania „Witam” na początku wiadomości!). Ale już pal licho to dobre wychowanie. Moim zdaniem problem leży głębiej, bo przecież to nie tak, że nikt im nigdy nie powiedział, jak należy się zachowywać. Problemem jest nastawienie. Ta wewnętrzna potrzeba oceniania innych, porównywania, czyhania na czyjąś porażkę. Poczucie, że ja to jestem ja, a inni są po to, żeby mnie otaczać. Ja się spieszę, ja muszę przejść, ja mam ważną sprawę, ja mam zły dzień, ja chcę usiąść. Ja, ja, ja.

Duńczycy, w przeciwieństwie do nas, są ludźmi niesamowicie przyjaźnie usposobionymi do świata i do innych. 90% z nich uśmiechnie się do ciebie na ulicy lub odpowie na twój uśmiech (z moich obserwacji wynika, że nie oduśmiechają się do mnie głównie młode dziewczyny i sprawiające wrażenie lekko zgorzkniałych osoby starsze). Czasami ktoś zupełnie obcy spontanicznie powie „hej” i nie ma w tym nic niespotykanego. Ludzie przepuszczają się nawzajem na chodnikach, samochody ustępują pieszym, nikt nie fuknie, że zawadzasz, albo się ślimaczysz. Nic z tych rzeczy. Dla Duńczyka jesteś drugim człowiekiem, tak samo istotnym, jak on sam. Jeśli będzie mógł, chętnie ci pomoże, a nawet zrobi jeszcze więcej. Nie będzie patrzył na ciebie z góry, oceniał, czekał aż tylko coś upuścisz.

Największy szok przeżyłam chyba w supermarkecie. Jeszcze w czasach, gdy bywałam tu tylko gościem w niedźwiedzim domu, zdarzyło nam się utknąć w wyjątkowo długiej kolejce do kasy. Ktoś z przodu się zamotał, kasjer musiał wezwać kierownika, wszyscy utknęli. I wtedy… ludzie nie zaczęli mruczeć pod nosem, potupywać nogami, sapać, rzucać komentarzy, ostentacyjnie opuszczać kolejki, ani nawet przewracać oczami.

Nie wydarzyło się zupełnie nic.

Nikt nie zwrócił uwagi.

Wszyscy czekali, zupełnie jakby zdawali sobie sprawę, że nie są sami na tym świecie, i że ludzie są tylko ludźmi, a z tego tytułu mogą i będą popełniać błędy.

Tylko jeden Kot kręcił głową, przypatrując się temu wszystkiemu z niedowierzaniem, a jeden Niedźwiedź uśmiechnął się pod wąsem.

Duńczycy rozumieją, że takie sytuacje się zdarzają. Akceptują to i nie psują nerwów sobie, ani innym, bo są świadomi, że to i tak niczego nie zmieni. Stoję w kolejce, więc muszę poczekać. Coś się zepsuło, muszę poczekać chwilę dłużej. No trudno. Nie pierwszy, nie ostatni raz.

I tylko ja muszę zwracać pilną uwagę, żeby przypadkiem z przyzwyczajenia nie westchnąć.


  • Martyna Litwinska

    „Podpisywania maili imieniem i nazwiskiem” – tak bardzo uśmiechnęła mi się japka, choć sytuacja, o której pomyślałam, nie należała do najprzyjemniejszych. Mam tylko nadzieję, że za mnie na studiach się nigdy wstydzić nie musiałaś. 🙂
    Zgadzam się w stu, a nawet i dwustu, procentach, że my to jesteśmy jacyś tacy niemili, podejrzliwi i strasznie samolubni chyba. Naprawdę, ilekroć postawiłam swoje stopy w innym kraju, nie odczułam takiej niechęci i braku uprzejmości jak od swoich rodaków, których codziennie przychodzi mi mijać w różnych miejscach. Bez generalizacji, no ale czy nie jest tak? C.

    • Za Ciebie na pewno nie 🙂 Zresztą (z tym jednym wyjątkiem, który zauważyłaś) nie miałam na myśli konkretnych osób. Raczej taki ogólny trend i sytuacje, które się notorycznie zdarzały.
      Jest dokładnie tak, jak mówisz. I ciągle mam nadzieję, że to się zmieni – w końcu coraz częściej stykamy się z innymi kulturami. Może wreszcie nauczymy się od nich bardziej pozytywnego nastawienia.

  • Ania Szpakowska

    Chyba trochę jesteś za surowa dla naszych rodaków, aż tak źle nie jest, przynajmniej do mnie ludzie się uśmiechają, może dlatego że ja uśmiecham się do nich 😉

    • Cóż, cieszę się, że masz takie obserwacje 🙂 Może coś się zmieni, bo ja np. wciąż niestety nagminnie natykam się na pozostałości po PRL-u… czyli kwaśne miny ekspedientek 😉