Ukryty Kot

Szanuj lekarza swego

22 Sty , 2017  

Narzekanie to jedna z polskich dyscyplin sportowych. Na nic jednak chyba nie narzekamy tak bardzo, jak na stale rosnące ceny, niskie zarobki i… tragiczną służbę zdrowia. Po prostu najstraszniejszą na świecie.

Ilekroć teraz odwiedzam Polskę, zawsze czeka mnie co najmniej jedna wycieczka do przychodni. Leki, które regularnie muszę brać, bardziej opłaca mi się kupować na zapas w kraju ojczystym. Toteż za każdym razem mam niepowtarzalną okazję, z delikatnego już teraz dystansu, sobie poobserwować. I popodziwiać.

Niezmiennie napawa mnie zdumieniem (i odrobinę znużeniem) fakt, że za każdym razem w kolejce do gabinetu padają w kółko te same słowa. Każdy opowiada każdemu, że siedzi tu już jakiś tysięczny raz w tym miesiącu i to jest skandal, na wizytę u specjalisty czeka już tysiąc lat co najmniej, za badanie musiał zapłacić sto tysięcy złotych, bo umarłby pięć razy, zanim by się doczekał. A dziś jeszcze, na domiar złego, Pani doktor przyszła do pracy o czasie, ale minęła już godzina, a ona nikogo jeszcze nie przyjęła. Tu mnie boli, tam odpada, to już trzeba wymienić, a o tym to nawet nie ma co mówić.

Gryzę się już w język i kiwam głową. Jaki sens ma tłumaczenie ludziom, którzy wyrobili sobie z biegiem lat odporność na cudzą argumentację, że jasne, pewnie, nie jest idealnie, rozumiem – ale czy wie Pan z Panią, że może być gorzej? Gdzie? A no na przykład w Danii. Pani chyba żartuje, syn szwagra siostry teściowej wnuka mojego kuzyna w trzeciej linii mieszka w Kopenhadze i tam jest wprost idealnie! Pieniądze znajdują codziennie rano pod wycieraczką, a lekarz, proszę Pani, to jest darmowo, na każde zawołanie, wszystko zrobią, od ręki. Pani nie mieszka w Kopenhadze? No tak, na wsi pewnie trochę gorzej…

W Kopenhadze może nie mieszkam, ale na wsi też nie. Z lekarzami niejakie doświadczenia już zdobyliśmy, szukałam także informacji na forach internetowych i maltretowaliśmy znajomych o ich odczucia. Coś tam więc wiem. Choć może nie tyle, co syn szwagra…

W Polsce problem jest zasadniczo jeden, ale bardzo trudno go rozwiązać – strasznie dużo ludzi chodzi do lekarza. Zwłaszcza do lekarza pierwszego kontaktu, u którego wizyta jest warunkiem otrzymania odpowiedniego skierowania. Bardzo mały odsetek ludzi zrzędzących w kolejce do internisty ma problem, który ten będzie w stanie rozwiązać. Nie chodzi o to, że nie umie. Będzie musiał wypisać skierowanie do specjalisty, do którego się naczekamy, a który wypisze skierowanie na badanie; potem z powrotem do specjalisty, potem do innego, potem kolejne badania… Jak się komuś spieszy, to gdzieś po drodze będzie musiał zabulić z własnej kieszeni. I wymruczeć pod nosem „darmowy dostęp do służby zdrowia… składki na NFZ… !@#$^#%”.

Pod tym względem Dania wykazała się nieco większym pomyślunkiem. Lekarz ogólny posiada znacznie szersze kompetencje niż u nas. Nie każe nam czekać z infekcją ucha na wizytę do laryngologa, zbada oko, rękę, piętę, a nawet przebada nas ginekologicznie. Dopiero gdy problem jest poważny, odeśle do specjalisty. Mało tego, jeśli coś się dzieje po południu lub w weekend, kiedy nasz lekarz już dawno się hygguje, możemy skorzystać z usług lekarza dyżurnego.

Nie zawsze koniecznie musimy iść na wizytę. Opowiem o naszym medycznym rozdziewiczeniu w Danii. Pewnego razu Niedźwiedź złapał jakąś okropną infekcję oka – płakał ropą niczym zbłąkany, schorowany kociak. Był piątek, godzina 16, kiedy zaczęło mu się raptownie pogarszać. Nie wiedzieliśmy co robić; nazajutrz miał mnie odwieźć do Niemiec i wysłać w drogę powrotną do Polski. Pogodziłam się już z myślą, że jakoś będę musiała doturlać się sama, zanim wreszcie zmusiłam go, żeby zadzwonił do koleżanki i dowiedział się, co możemy zrobić. Koleżanka pomogła, dostaliśmy odpowiedni numer, dodzwoniliśmy się, uff. Niedźwiedź, łamanym duńskim i płynnym angielskim na przemian, wyjaśnił, co mu dolega. Na co lekarz oznajmił, że recepta na antybiotyk czeka już w najbliższej aptece i wystarczy się zgłosić ze swoją kartą CPR. No i oczywiście zapłacić, jakżeby inaczej.

Mniejsza o koszta – zdrowie mojego Niedźwiedzia jest bezcenne. Uzdrowiony cudownie przez drogocenny duński lek, na drugi dzień był w pełni gotowości do ciągnięcia mojej przeładowanej ciuchami torby.

Ten system działa, i to naprawdę dobrze. Gdy potrzebuję recepty na antykoncepcję, dzwonię, idę do apteki, kupuję, gotowe. Potem nawet nie dzwonię – recepta jest do mnie przypisana i wykupuję ją, gdy potrzebuję. Nie muszę stać w kolejkach po to tylko, by wykupić specyfik, który i tak nie jest w żaden sposób refundowany. Wiele prostych spraw można w ten sposób załatwić – bez marnowania zarówno naszego czasu, jak i czasu lekarzy.

Problemy zasadniczo są dwa. Pierwszy taki, że Duńczycy najchętniej wszystko leczą paracetamolem i ibuprofenem, a jak tym się nie da – penicyliną. To fakt, z którego nawet sami się śmieją. Z jakiegoś powodu nie jestem pewna, czy to takie zabawne. Z drugiej strony, nie każde, nawet najmniejsze przeziębienie, jest leczone od razu skomplikowanym antybiotykiem – tak jak w Polsce. A to z kolei dobra wiadomość.

Drugi problem jest gorszy. Bo dopóki jesteśmy względnie zdrowi, chorujemy tylko na przewlekłe, ale w miarę łatwo kontrolowane dolegliwości, albo łapią nas w miarę nieskomplikowane wirusy, wszystko wydaje się piękne. Gorzej, gdy w grę wchodzą bardziej złożone choroby i urazy. W Danii bowiem jest bardzo mało specjalistów.

Kolejka do specjalisty może nawet przegonić (!) polską kolejkę; okres oczekiwania może, o zgrozo, wydawać się jeszcze bardziej absurdalny. Doszły do mnie różne niepokojące pogłoski dotyczące kwestii rodzenia w Danii. Jednym słowem, kogo nie spytam lub nie przeczytam na forum – wszyscy Polacy wolą leczyć się w Polsce. Polki wolą rodzić w Polsce. Chorzy na raka wolą jeździć do Polski i tam poddawać się leczeniu. Znajoma wręcz mnie wyśmiała, gdy zasugerowałam nieśmiało, że opieka zdrowotna w Danii chyba nieźle działa. Z perspektywy osoby, która rzeczywiście doświadczyła potrzeby skorzystania z opieki specjalisty, a poddała się, nim ją uzyskała, to właśnie w Polsce jest super. Polskie uniwersytety kształcą świetnie wyspecjalizowanych lekarzy, do których może nie jest najłatwiej się dostać, i którzy niekoniecznie zawsze potrafią nam pomóc – ale w ogóle są.

A dentysta to już w ogóle dramat. Nie ma czegoś takiego, jak darmowa opieka dentystyczna w Danii. W dodatku ceny są tak wysokie, że Duńczykom (jak i zresztą innym Skandynawom) bardziej się opłaca zrobić sobie urlop, przyjechać, pozwiedzać i przy okazji wyleczyć uzębienie w Polsce. Koleżanka opowiadała mi nawet o gabinecie dentystycznym w Gdańsku, który jest nastawiony na tego typu klientów. Ceny w nim są za wysokie dla Polaków, ale dla Skandynawów to wciąż taniej, niż u nich w domu.

Proponuję zatem odrobię refleksji. Nad tym, że nie da się nigdy zrobić tak, żeby wszystko było idealnie i wszyscy czuli się dopieszczeni. Nad tym, że zawsze coś za coś. I lepiej nie narzekać, bo można się jeszcze zdziwić.