Ukryty Kot

Velkommen i Danmark

25 Sty , 2017  

Najtrudniejszą rzeczą w wyjeździe za granicę, ze wszystkich niezwykle skomplikowanych i żmudnych kwestii, jest zasymilowanie się z zupełnie nowym społeczeństwie. Poznanie i zaakceptowanie odmiennej, niekiedy wręcz egzotycznej, kultury. Znalezienie znajomych, którzy choć trochę wypełnią pustkę po przyjaciołach i rodzinie.

Gdy odwiedzałam Niedźwiedzia i obserwowałam ludzi dookoła, myślałam sobie, jakie to będzie interesujące. Zupełnie inni ludzie, odmienne zwyczaje, różne sposoby postrzegania świata i myślenia. Myślałam o tym, jak o przygodzie. Wspominałam Julię Roberts w „Jedz, módl się, kochaj” i innych bohaterów filmowych, którzy zwiedzali świat i wszędzie gdzie przybyli nawiązywali nowe kontakty. Ich znajomi byli oczywiście wyłącznie niezwykle barwnymi postaciami, z mnóstwem interesujących historii do opowiedzenia i przygód do wspólnego przeżycia. Przecież nudni ludzie nie istnieją.

Dla mnie jednak nie było to wszystko takie proste. Gdzie poznać ludzi, skoro nie mam pracy? Zaczepiać na ulicy? Na to jestem zbyt nieśmiała. Chodzenie po pubach też nie było opcją, zwłaszcza na początku, gdy zupełnie nie było nas na to stać. Duńczycy, niestety, pomimo świetnej znajomości języka angielskiego, niechętnie się nim posługują. Często pośpiesznie kończą rozmowę, gdy zorientują się, że delikwent nie posługuje się ich ojczystą mową. Jedynymi ludźmi, z którymi rozmawialiśmy przez pierwsze tygodnie, były ekspedientki w sklepach i sąsiedzi. Z sąsiadami trochę więcej. Zwłaszcza, że na szczęście, trafiła nam się para Duńczyków w podobnym wieku i o przyjaznym usposobieniu. Utrzymywaliśmy również jako takie kontakty z rodziną niedoszłego szefa Niedźwiedzia. No ale to jednak trochę mało.

O kulturze, zwyczajach, duńskim jedzeniu opowiadał mi Niedźwiedź. Języka uczyłam się sama w domu. Wstydziłam się ćwiczyć, ogromnie zresztą skomplikowaną i trudną do odtworzenia, wymowę. Niepojęte jest dla mnie, dlaczego ktoś postanowił wymyślić tak bardzo bełkotliwy język. Kiedyś pojechaliśmy z Niedźwiedziem na wycieczkę, obejrzeć duńskie fiordy (2/10, nie polecamy, tzn. Niedźwiedź nie poleca, bo widział norweskie i mówi, że lepsze). Spacerując minęliśmy stado gęsi. Naprawdę duże, gęgające stado; nigdy wcześniej nie widziałam ich tylu naraz. Po przejściu kilkuset metrów moich uszu dobiegło znów identyczne gęganie. Zatrzymałam Niedźwiedzia i wyciągałam szyję, szukając pierzastego źródła owych dźwięków. Co znalazłam? Grupę Duńczyków.

Na szczęście wszystko się zmieniło, gdy udało nam się wreszcie dopełnić wszelkich formalności związanych z moim pobytem tutaj. Ledwo otrzymałam swoją własną, wyczekaną, obrzydliwie żółtą kartę CPR, przyszedł list ze Sprog- og Integrationscenter (Centrum językowego i integracji). Dowiedziałam się z niego, że przysługuje mi półtora roku na darmową naukę języka. Zdziwiliśmy się odrobinę, ponieważ kiedy Niedźwiedź zapisywał się do szkoły były to aż trzy lata. Nic to, lepszy rydz. Ruszyliśmy w pięciokilometrową podróż w celu zapisania mnie na zajęcia.

Duńczycy mają to całkiem zgrabnie wymyślone. Pretendenci do tytułu ucznia zostają najpierw podzieleni ze względu na swoje wykształcenie – do pierwszej grupy, DU1 (Danskuddannelser – kurs duńskiego) trafiają osoby niepiśmienne, do DU2 piśmienne, ale niewykształcone/nieposługujące się żadnym międzynarodowym językiem (angielski, niemiecki), do DU3 osoby z wykształceniem wyższym i znajomością któregoś z tych języków. W ramach DU1 przygotowuje się uczniów przede wszystkim do podstaw komunikacji i pisania krótkich tekstów. DU2 i DU3 podzielone są na 6 modułów. Ukończenie DU3 umożliwia podjęcie pracy lub studiów w języku duńskim, wyposaża w umiejętność pisania i rozumienia długich tekstów oraz prowadzania bardziej skomplikowanych dyskusji. Takich poważnych, nie tylko domowych.

Po ukończeniu każdego modułu należy zdać egzamin, który potwierdza naszą gotowość do wkroczenia w nowy, ekscytujący etap edukacji. Egzaminy składają się z części pisemnej i ustnej, sprawdzają zarówno znajomość gramatyki i słownictwa, jak i zdolność do posługiwania się językiem w praktyce oraz poprawną wymowę (bleh). Wtedy przechodzimy do następnego modułu, dostajemy następną książkę i jesteśmy generalnie bardzo szczęśliwi. Pod koniec 5. modułu przystępujemy do państwowego egzaminu; w przypadku DU3 jest to  Dansk Prøve 3. I wtedy już nikt ale to nikt nie może nam powiedzieć, że nie znamy duńskiego. A jak powie, to należy mu pomachać papierkiem przed oczami. I koniecznie wytknąć język.

Droga do tej wymarzonej chwili jest jednak dość daleka. Niedźwiedź, który uczęszczał na duński w czasie studiów i mógł chodzić tylko na zajęcia wieczorowe (2 razy w tygodniu, w sumie 7, 8 godzin), poddał się po module 2, kiedy stwierdził, że nauczyciele rozmawiają tylko z najbardziej zaawansowanymi uczniami, a on siedzi i w sumie to pracuje sam. Jestem w lepszej sytuacji, ponieważ mogę sobie pozwolić na zajęcia dzienne, a to oznacza dwa razy tyle godzin w tygodniu. Chociaż czasami też pracuję sama. Albo plotkuję z koleżankami (czuję się jednak częściowo usprawiedliwiona, bo posługujemy się przeważnie interesującą mieszanką angielskiego z duńskim). Zdawanie egzaminów na kolejne moduły jest uzależnione wyłącznie od indywidualnych postępów w przyswajaniu języka; podobno pierwszy moduł zajmuje średnio 3 miesiące; mi zajął 1, ale to trochę niesprawiedliwe, bo uczyłam się już wcześniej w domu.

Plusem jest to, że szkoła zapewnia nam, darmowo, wszystkie pomoce niezbędne do nauki. Pierwszego dnia poczułam się, jakbym znów poszła do pierwszej klasy – oprócz podręcznika i książki wyjaśniającej gramatykę dostałam również przepiękny segregator, kartki, koszulki, ołówek, temperówkę oraz gumkę. Teraz wszyscy w klasie mamy takie same i notorycznie, acz niezamierzenie, podbieramy je sobie nawzajem.

Dla mnie jednak nie jest najważniejsze to, żeby jak najszybciej nauczyć się duńskiego i przestać być wiecznie poprawianą przez Niedźwiedzia (choć to również jest niezmiernie istotne). Najbardziej cieszę się z tego, że dzięki szkole językowej wreszcie poznałam ludzi. I to ludzi wywodzących się z przeróżnych kultur, nie tylko Duńczyków. Nauczycielka nie tylko dręczy nas z liczb i zdań podrzędnych, ale również opowiada o duńskich zwyczajach, o tym w jaki sposób Duńczycy myślą, co na bieżąco porównujemy z naszymi kulturami. Uczymy się nie tylko języka, ale także innych ludzi, ich opinii, a także tolerancji względem wszystkiego, co nam wydaje się inne, dziwne, a dla drugiej osoby jest czymś zupełnie zwyczajnym.

I od razu w tej ciemnej, wietrznej Danii zrobiło się jakoś bardziej przytulnie.