Ukryty Kot

Buraczani Polacy

2 Lut , 2017  

Wokół Polaków krążą za granicą różne stereotypy. Że nosimy białe skarpetki do sandałów (chociaż każdy wie, że tak naprawdę to nie my, tylko Niemcy), że śniadanie popijamy wódką (Rosjanie), albo że ciągle kombinujemy, jak tu się nachapać nie robiąc nic (Włosi).

W Danii Polacy kojarzą się jednak przede wszystkim z burakami. Szczególnie na wyspach Lolland (kraina śmichów) i Falster, znajdujących się na mapie poniżej Zelandii, którą można łatwiej skojarzyć, bo to właśnie tam leży Kopenhaga. A dlaczego właśnie z burakami?

W naszym niemal uroczym mieście, które według duńskich standardów uznawane jest za całkiem duże, stoi fabryka cukru. Duńskiego cukru, którego, notabene, nie można kupić w żadnym sklepie, ponieważ zostaje w całości eksportowany. Fabryka ta góruje nad całą resztą miasta, a z jej kominów bezustannie wydostają się wstęgi dymu. Kiedy wracamy do Danii po wizycie w Polsce, ten biały, toporny budynek stanowi pierwszy znak tego, że już jesteśmy z powrotem w domu.

Istnieje podejrzenie, że fabryka cukru jest również źródłem chmury niezbyt przyjemnych zapachów, która dość regularnie opada na miasto, wciska się we wszystkie zakamarki i szpary w oknach. Wciąż brakuje jednak dowodów na potwierdzenie tej teorii.

Żeby było z czego ten cały cukier produkować, do miasta regularnie wjeżdżają ciężarówki, po brzegi wypełnione burakami cukrowymi. Jedna za drugą. Po ulicach walają się samotne warzywa, które po drodze ewakuują się za burtę; czasem trzeba uważać, żeby nie najechać na nie kołami roweru. Jeśli akurat nie śmierdzi, powietrze wypełnia zapach bardzo przypominający aromat gotowanej kukurydzy. A to jednak buraki.

Poza miastem rozciągają się pola, ogromnie dużo pól uprawnych. Nauczyłam się już rozpoznawać rzepak, ale większość z nich to jednak mniej charakterystyczne pola buraków. Z tym właśnie najbardziej kojarzy mi się duński krajobraz. Monotonia, płaskie tereny i pola. Trochę jak w niektórych rejonach Polski – tylko zdecydowanie bardziej szaro-buro.

Buraki się jednak same nie wykopią ani nie załadują na ciężarówki. I tutaj właśnie zaczyna się historia Polaków w Danii. Pod koniec lat 90. XIX wieku do Danii zaczęli przyjeżdżać sezonowi robotnicy do pracy przy wykopywaniu buraków – przede wszystkim młode Polki. Młodzi Duńczycy w tym czasie często gęsto wyjeżdżali do Stanów lub przenosili się do większych miast, w poszukiwaniu lepszych zarobków, w związku z czym brakowało rąk do pracy fizycznej.

Warunki tej pracy nie były niestety najlepsze. Oględnie rzecz ujmując. Pracowało się od 5 rano do 7 wieczorem, przez 6 dni w tygodniu. Robotnicy mieszkali po kilka osób w pokoju, w starych domach lub barakach. Na początku XX wieku za dzień pracy kobiety zarabiały 1,15 DKK, a mężczyźni, jakżeby inaczej, nieco więcej, bo 1,5 DKK. Warto nadmienić, że korona stała wtedy nieco inaczej; jeśli się nie mylę, była warta jakieś 60 dzisiejszych polskich złotych.

Dopiero w roku 1908 powstało polakloven (czyli ustawa dotycząca Polaków), które zagwarantowało godziwe warunki pracy i mieszkaniowe, a także opiekę medyczną i leki. Musiała jednak minąć jeszcze ponad dekada, zanim zaczęliśmy zarabiać tyle samo, co Duńczycy.

W okresie międzywojennym kryzys dotarł również do Danii, która w związku z tym uniemożliwiła napływ pracowników z zagranicy, aby zapewnić miejsca pracy własnym obywatelom. Do tego czasu jednak wiele Polek zdążyło zdobyć serca zimnych Duńczyków i osiedlić się w Danii jako ich żony. Według danych udostępnionych na stronie Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w Kopenhadze, mieszkało tutaj wówczas około 11 tysięcy Polaków.

Później wystąpiły jeszcze dwa znaczące napływy naszych rodaków. Pierwszy, gdy prześladowania komunistycznego rządu wypędziły z kraju Polaków żydowskiego pochodzenia, z których około 2 tysiące przybyły w poszukiwaniu pracy do Danii. Drugi, kiedy pod koniec minionego wieku znów zaczęło brakować chętnych do pracy fizycznej i po raz kolejny okazało się, że można na nas liczyć.

Najbardziej jednak Polacy kojarzeni są z tymi sezonowymi pracami przy burakach sprzed ponad stu lat. Wtedy właśnie tak wiele Polek postanowiło tutaj zamieszkać i założyć rodziny. Tamte wydarzenia są właśnie przyczyną tego, że babka sąsiadki była Polką, dziadek sąsiada Polakiem, a wzywana nieraz przez nas złota rączka ma polsko brzmiące nazwisko. Dlatego właśnie wszyscy Polaków od razu kojarzą i uśmiechają się jak do starych znajomych.

Poza tym, że dzięki temu wszyscy wiedzą, że Polacy są bardzo pracowici a ich kobiety piękne, jest jeszcze druga strona tego medalu. Z powodu naszej przeszłości jesteśmy kojarzeni przede wszystkim z pracą fizyczną. Stąd też o wiele trudniej jest nam dostać posadę na stanowisku związanym z pracą umysłową. Pojawia się również tendencja do płacenia nam mniej, niż innym – w końcu każdy wie, że Polak to dobra i tania siła robocza. Przyzwyczajony jest do harowania za psi grosz. Poza tym przecież u nas jest bieda, więc na pewno i tak ucieszymy się z byle czego. Historia doświadczyła nas tak, że pewnie w dupach by się nam poprzewracało, jakbyśmy dostali więcej.

Odrobinę wyolbrzymiam, pewnie, ale problem jest realny. To znaczy, oczywiście, każdy kto przyjeżdża do Danii z innego kraju znajduje się początkowo na niższej pozycji (oprócz, naturalnie, wysoko cenionych specjalistów). Główną przeszkodą w podjęciu pracy w Danii pozostaje bowiem brak znajomości języka. Nie można o to nikogo obwinić, bo w Polsce też przecież trudno byłoby dostać pracę osobie nieposługującej się językiem polskim. Chociaż gdy słyszę, że nie mogę uczyć angielskiego (dorosłych ludzi), bo nie mówię dobrze po duńsku zastanawiam się, czy to żart. W każdym razie na pewno hipokryzja – na zajęciach z duńskiego bardzo trudno namówić nauczycieli, żeby wyjaśnili cokolwiek w jakimś ludzkim języku, np. po angielsku.

Tylko, że akurat Polacy mają już w Danii wyrobioną markę. Markę buraczanych Polaków. Czyli innymi słowy – jak Polak, to na pole.

No ale przynajmniej jesteśmy ładne.