Ukryty Kot

Duńska względność czasu

14 Lut , 2017  

Względność czasu jest zjawiskiem stosunkowo łatwo obserwowalnym. Godzina naturalnie trwa dłużej, gdy siedzimy w pracy, a krócej, kiedy chcemy się odrobinę shyggować.

Prawda ta jest tak oczywista, że nie ma sensu pisać na ten temat ani słowa więcej.

W Danii można jednak zgłębić to zagadnienie z nieco innej strony.

Duńczycy bowiem są ludźmi, którym przeważnie pieniędzy nie brakuje (chyba, że mają jakieś wygórowane marzenia). Tutaj co innego jest towarem deficytowym. Czas właśnie.

Tutejsi obywatele to ludzie bardzo zajęci. Nie tak jednak zajęci, jak np. Polacy. My wypełniamy sobie dni najróżniejszymi obowiązkami, jak zostaje trochę miejsca, to sami narzucamy sobie często rozmaite zajęcia i borykamy się z poczuciem winy, jeśli nie nadążamy z ich realizacją. Duńczycy dzielą czas pomiędzy pracę i dom, i bardzo dbają o zachowywanie w tym równowagi. Jest miejsce i na zarabianie pieniędzy, czy to u kogoś, czy to prowadząc własne biznesy, oraz na hyggowanie się z rodziną i przyjaciółmi.

W złym tonie jest załatwianie spraw zawodowych przez okres od piątkowego popołudnia do poniedziałku. To znaczy, to zawsze jest co najmniej odrobinę niezręczne. Wydaje mi się jednak, że w Danii ludzie wykazują się odrobinę mniejszym zrozumieniem dla osób, które pracują dodatkowo w weekend, bo potrzebują więcej pieniędzy, nie wyrobiły się z pracą w tygodniu lub pracują jako freelancerzy i pojęcie weekendu jest im kompletnie obce.

Duńczycy są również niesamowicie punktualni. Teoretycznie. To znaczy są punktualni wtedy, kiedy im zależy na czasie. Gorzej, jeśli ktoś inny próbuje od nich tej punktualności wymagać.

Najprostszy przykład – wizyta u lekarza.

Scenariusz pierwszy: Przychodzimy odrobinę za wcześnie, zorientować się gdzie jest gabinet, napić się odrobinę za zimnej wody, rozejrzeć się za krzesłem, które nie jest przywalone cudzymi płaszczami i siatkami pełnymi warzyw. Przy okazji nieco spiesznie rozglądamy się po współchorych. Zostało nam pięć minut, ktoś w międzyczasie wyszedł, ktoś inny wszedł, no dobrze, może to właśnie my będziemy następni.

Całe szczęście, że w takich miejscach wisi dużo ogłoszeń oraz informacji dla pacjentów – będzie czym zająć oczy przez te parę minut. Mhm, parę. Raczej paręnaście. Parędziesiąt. W każdym razie nie umiemy jeszcze po duńsku do tylu doliczyć.

Czy ktoś nas przeprosi za opóźnienie, wytłumaczy, że teściowa okropna podrzuciła pieska i spowodowała spóźnienie do pracy? Że wcześniej pacjent zemdlał, trzeba było wezwać karetkę, zamieszanie straszne…?

Nie – bo i nic takiego się nie wydarzyło. Lekarz po prostu nie wyrabia się z ilością pacjentów. I jest z tego powodu albo lekko zdenerwowany (w końcu warunki pracy są takie stresujące a przyłażący ludzie bezlitośnie upierdliwi), albo ma to głęboko gdzieś. Nasz czas nic go nie obchodzi.

Scenariusz drugi: Przybiegamy zziajani, oblani potem, czerwoni na twarzy, karku i w innych miejscach, niekoniecznie widocznych. Przepraszamy, tłumaczymy, że chłopak nas zatrzasnął w mieszkaniu i trzeba było salwować się ucieczką przez okno. Że nam strasznie ale to strasznie przykro, ale że grzecznie poczekamy aż wszyscy inni pacjenci zostaną zbadani.

Czy kogoś to obchodzi? Oczywiście, że nie.

Jeśli spóźnimy się do lekarza publicznego, będziemy musieli zapłacić jak za wizytę prywatną.

Spóźnianie się to w Danii sprawa osobista i wywołuje zazwyczaj głęboką obrazę.

W szkole językowej ludzie często się spóźniają. W końcu nikt ich do przychodzenia tam nie może zmusić, w dodatku wiele osób wykazuje podejście, że skoro nic z tego nie mają, to nie musi im zależeć. A jak nie musi, to chętnie to okażą. Niektórzy nauczyciele pozostają wobec takiego zachowania zupełnie obojętni, niektórzy jednak są na nie bardzo wyczuleni. Potrafią zamykać drzwi parę minut po rozpoczęciu zajęć, wyprosić delikwenta z sali, albo ignorować jego obecność.

Pewien Hiszpan wykazuje się szczególnie nonszalanckim nastawieniem. Przychodzi rzadko, jeśli już, to bardzo spóźniony, w trakcie zajęć wychodzi i wraca wedle własnego widzimisię. Gdy nauczycielka zwróciła mu uwagę, zaznaczając przy tym, że jej to nie przeszkadza, ale innym w Danii będzie przeszkadzać na pewno, nie krył bezbrzeżnego zdumienia. On bowiem wychował się w zupełnie innej kulturze. Dla niego spóźnianie się jest czymś równie naturalnym jak mycie zębów po posiłku. Nie wyobraża sobie się nie spóźniać – nawet do pracy.

Nawet w sytuacjach towarzyskich Duńczycy nie mają w zwyczaju okazywania litości. Załóżmy, że umówiliśmy się z przyjaciółmi na obiad. Po drodze jednak zatrzymuje nas korek (pech, chociaż z drugiej strony przynajmniej jest chwila na zrobienie makijażu i włosów, na co nie starczyło czasu przed wyjściem). Dzwonimy, oczywiście, i grzecznie informujemy, że się niestety nie wyrobimy. Ba, wysyłamy zdjęcia sznurów samochodów po każdej stronie, żeby nie było, że ściema, a tak naprawdę jak zwykle się nie ogarnęliśmy na czas.

I jak myślicie, co dalej? Ja bym się spodziewała, że przyjaciele poczekają na mnie. Sama bym w życiu nie pomyślała, żeby zacząć bez znajomego, o którym wiem, że przecież jest już w drodze.

Gdzie tam. Dla Duńczyka rozpoczęcie posiłku o wyznaczonym czasie, nie zważając na to, że ktoś będzie jadł zimne i do tego zupełnie sam, jest oczywistym zakończeniem tej krótkiej historyjki. Miło, że uprzedził, że się spóźni. Ale przecież to jego problem – my jesteśmy głodni i niniejszym rozpoczynamy posiłek.

Nie ma w tym złośliwości ani przekory. Czas jest cenniejszy niż pieniądz. Bo pieniądz, to rzecz łatwo nabywana, a czasu wszyscy mamy tylko ograniczoną ilość. Bezlitośnie coraz mniejszą.