Przyczajony Niedźwiedź

Muszę przestać narzekać

19 Lut , 2017  

Straciłem rachubę w tym, ile czasu i z jaką intensywnością narzekałem na Danię. Kilka błędnych decyzji i dużo za dużo zaufania do innych spowodowały, że druga połowa 2016 roku to najgorszy czas w moim życiu. Teraz się poprawia, więc czas na rachunek sumienia.


Pewien czas temu w Polsce usłyszałem w sklepie z elektroniką gościa, który uprawiał klasyczny window shopping. Akurat oglądał telefony komórkowe. Zapytany przez sprzedawcę, czy coś go interesuje, zaczął tłumaczyć, że telefon już ma, kolega załatwił mu taniej. Na dowód wypowiedzianych słów, wyciągnął z kieszeni samsunga, ani nowego, ani starego, dodał że mieszka w jednym z większych miast na półwyspie Jutlandzkim. Odchodząc od witryny, gość mówił „kto kombinuje, ten ma”.

To zdarzenie przypomniało mi się, kiedy sobie czytałem felietony Stasia Klęskiego na fpiec.pl. Klęski (który naprawdę podobno nazywa się inaczej) opisuje rzeczywistość w interesujący dla mnie sposób, bo wychodzi naprzeciw i obala tezy zawarte we wszystkich tekstach z cyklu „10 różnic pomiędzy Tobą, a ludźmi sukcesu”. Staś nas przekonuje, że pracując normalnie na pełen etat, możemy i powinniśmy oczekiwać po prostu życia na normalnym poziomie.

Można powiedzieć, że wizja Klęskiego, który stoi za facebookowym Magazynem Porażka, ziściła się w Danii. Zarabiając minimalną stawkę 110 koron na godzinę, daje nam około 6000zł na rękę miesięcznie. Kiedy w gospodarstwie domowym pracują dwie osoby, można za wynagrodzenie jednej opłacić mieszkanie i kupić jedzenie, a wypłatę drugiej poświęcić na inne przyjemności.

Telefon, który trzymał w ręku wspomniany „kombinator”, był prawie na pewno nowszy od mojej dwuipółletniej nokii. Nijak się to jednak ma do tego, że Duńczyka po prostu stać na najnowszego ajfona i nie obchodzi go osławiony brak wejścia słuchawkowego, bo na słuchawki z jabłuszkiem ze specjalną pasującą wtyczką też go stać.

Od kiedy w końcu zacząłem normalną pracę, zacząłem też rozumieć, że powinienem przestać narzekać. W końcu dotarło do mnie, że Duńczycy są tacy spokojni (nawet lekko flegmatyczni) przez to, że już na starcie odpada im wiele podstawowych zmartwień – chodzą do pracy, po pracy mają czas na wydawanie tego, co zarobią i tak mijają tygodnie.

Wychodzę na strasznego materialistę, powinienem pewnie napisać, że „pieniądze szczęścia nie dają”, ale dają możliwości rozwijania się, spędzania wolnego czasu w ciekawy, angażujący sposób, sprawiania sobie przyjemności.

Doceniam i podziwiam to, że Duńczycy wydają się nigdy nie denerwować. Czasem mam wrażenie, że ich nadrzędnym celem w życiu jest unikanie stresu. Zgodnie z piramidą potrzeb Maslowa, ich podstawowe potrzeby są zaspokojone, więc mogą sobie pozwolić na zaspokajanie tych wyższych, unikając źródeł zdenerwowania, dopieszczenia się.

Myślę, że skonstruowanie zarobków w taki sposób oraz zapewnienie równowagi między pracą a życiem osobistym zmniejszają frustracje. Źródłem tych frustracji może być chociażby medialna propaganda, żeby wszyscy robili to, co lubią i tym zarabiali na życie, ale nie każdy tak może. Ciekawy esej na ten temat przeczytałem niedawno na Krytyce Politycznej.

Duńczycy wiedzą, że powinni spokojnie pracować, płacić podatki, a potem będą mieć czas na swoje pasje. Podoba mi się to, bo jest to zdrowy układ. Ich struktura zarobków bardzo zrównuje wszystkich, nie bez powodu mówi się, że duńskie społeczeństwo jest jednym z najbardziej egalitarnych na świecie (co potwierdza chociażby ranking CIA). Nawet zaczynając rozmowę z nieznajomym mówi się to niego per „du”, czyli „ty”.

Staram się przyswajać duńskie podejście do życia i ograniczać denerwowanie się. Tylko Kot śmieje się ze mnie, że zamiast się hyggować zawsze wyłazi ze mnie polska chęć pracowania i dłubania sobie w swoich projektach. No cóż, po prostu lubię to, co robię.