Ukryty Kot

Fastelavn – tradycja dręczenia kotów

27 Lut , 2017  

W Polsce obchodzimy ostatki, natomiast w Danii ostatnią imprezę przed rozpoczęciem Wielkiego Postu nazywamy Fastelavn. Być może do karnawału w Rio de Janeiro trochę jeszcze tej imprezie brakuje, niemniej jednak było na co popatrzeć.

Należy pamiętać, że kończące karnawał Fastelavn, w przeciwieństwie do polskich ostatków, niewiele ma wspólnego z religią. Może poza tym, że odbywa się jednak przed postem, a nie na przykład w jego połowie. Kościół od dawien dawna potępiał sposób obchodzenia tego dnia, nie udało się jednak tej tradycji całkowicie wyplenić. Całe szczęście, bo jednym z ciekawszych aspektów mieszkania w obcym kraju jest udział w tradycyjnych uroczystościach.

Co ciekawe, Fastelavn na pierwszy rzut oka bardzo przypomina amerykańskie Halloween. Dzieciaki przebierają się za najróżniejsze postacie, warzywa i stwory – nie ma tu jednak aż tylu elementów rodem z horroru (może poza klaunami – nie wierzę, że ktokolwiek lubi klauny). Tak odstawione chodzą po domach, pukają do drzwi i proszą o cukierki. Dają się ewentualnie przekupić pieniędzmi, jeśli ktoś zapomniał się przygotować. Albo próbuje bojkotować imprezę. Radzę jednak nie skąpić drobniaków, bo poprzebierane dzieci śpiewają złowrogą piosenkę o zdradliwie skocznej melodii, w której słowach grożą, że jak nie dostaną słodyczy to narobią rabanu. A nie chcecie chyba wkurzyć pękatej truskawki albo pszczoły o wyjątkowo długim żądle. Większość sklepów uległa tej wiszącej w powietrzu groźbie i już przed weekendem wywieszone zostały plakaty, zapraszające przebrane dzieci na darmową bułeczkę (po jednej, no bo bez przesady jednak).

Charakterystyczną ozdobą związaną z tym świętem są przyozdabiane przez dzieci rózgi – fastelavnsris. Taka trochę choinka, tylko z gałązek. Niegdyś dzieci wstawały rano, przygotowywały takie rózgi i używały ich do bicia innych, a kto zrobił to pierwszy, dostawał  w nagrodę słodką bułeczkę. Barbarzyństwo i pochwała stosowania przemocy fizycznej. Została z tego tylko radośnie kolorowa ozdoba.

No właśnie, te bułeczki. To znaczy fastelavnsboller. Jakoś nie mogę wykrzesać w sobie entuzjazmu dla duńskich wypieków… Nigdy jakoś nie wystarczało mi, że ciastko jest słodkie – pączek musi mieć dużo nadzienia, wszelkiego rodzaju owoce i dodatki tylko dodają punkty. Ledwie pokochałam kanelsnegle (bułka z cynamonem w kształcie skorupki ślimaka), kiedy dowiedziałam się, że właściwie jest to raczej specjalność Szwecji. Słodkie bułeczki, które tradycyjnie pochłania się w Danii z okazji Festelavn, to po prostu sucha w środku słodka bułka, trochę budyniu i dużo za dużo lukru, którym umazałam dokładnie całe ręce i jedną nogawkę spodni, chociaż, wbrew pozorom, wcale tego nie chciałam. Czyli, umówmy się, do dobrego polskiego pączka w ogóle nie ma startu. Chociaż mam wciąż nadzieję, że w jakiejś porządnej piekarni można dostać bardziej wypasioną wersję tego specjału.

Co mi się strasznie w Fastelavn, paradoksalnie, najbardziej podoba, to zabawa w „kota w beczce”. Od roku 1880 polega to na rozbijaniu beczki ozdobionej wizerunkiem czarnego kota i wypełnionej słodyczami dla dzieci. Należy ją zawiesić w bezpiecznym miejsc, a następnie ustawić małe potworki w kolejce. Przy użyciu baseballowego kija, dzieci kolejno próbują pozbawić beczkę denka, a wówczas łakocie rozsypują się na ziemię. Kto tego dokona, zostaje mianowany królową. Co ciekawe, płeć nie ma żadnego znaczenia – nie jestem pewna czy to objaw tolerancji, czy jednak pewnego braku logiki. Ale to nie koniec walenia beczki kijem. Trzeba jeszcze rozwalić ją do końca, tak żeby na sznurku nie został ani jeden drewniany element. Osoba, której ta sztuka się uda, zostaje królem (i znów nie ma różnicy, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka). Muszę przyznać, że trochę to jednak trwa. Dorosłym ludziom, którzy jakby bardziej skupiali się na wyładowaniu swojej złości, rozczarowań i niepowodzeń, niż dotarciu do nagrody (zwłaszcza, gdy zrozumieliśmy, że nasze beczki są puste!), zajęło to jakieś 15 minut. Jestem bardzo ciekawa jak to wygląda w wykonaniu małych berbeci.

Wszystko fajnie, tyle że dawniej do takich beczek wsadzano żywe koty. Czarne, oczywiście, ponieważ właśnie te zwierzęta uważano za uosobienie szatana. Często po tym, jak już odpadło denko beczki, koty zabijano, aby uchronić się od nieszczęść, chorób i innych paskudztw, które na pewno te podłe stworzenia sprowadzały na ludzi. Kiedy pojawiły się głosy przeciwko okrutnej praktyce, czasami wsadzano do beczek martwe już koty. No ale oczywiście, obrońcy praw zwierząt zepsuli w końcu całą zabawę, koty zostały zastąpione cukierkami, które przynajmniej łatwiej zjeść.

Inny zwyczaj, który nudni ludzie również uznali za maltretowanie zwierząt, zakładał z kolei wykorzystanie kur lub gęsi. Ptactwo wieszano do góry nogami, a zadaniem uczestników gry było przejeżdżanie pod nimi konno i usiłowanie oderwania im głowy/głów. Myślę, że Duńczycy po prostu musieli jakoś wynagrodzić sobie to, że już nie mogą tak bezkarnie rabować, palić i gwałcić.

Dzisiaj Fastelavn jest już zupełnie niewinną zabawą, kompletnie niegodną prawdziwych Wikingów. Jedyne, na co trzeba uważać, to odpryskujące kawałki beczek i bolesne odciski na dłoniach – niewprawnym polecam ubranie rękawiczek przed złapaniem się za kij. Z własnego doświadczenia.