Ukryty Kot

Marsz po nierównościach

9 Mar , 2017  

Kobiety wszystko co mają i wszystko co im wolno musiały sobie wywalczyć. Coraz częściej jednak spotykam się z krytyką feminizmu. Ale przecież gdyby nie on, wciąż siedziałybyśmy w domach, podporządkowane temu, czego oczekują od nas mężczyźni.

Po raz pierwszy ogłosiłam się feministką mając jakieś trzynaście lat. Skomplikowane wówczas relacje chłopsko-dziewczęce wydawały mi się wówczas niemożliwe do zrozumienia. Koledzy, z którymi lubiłam się wygłupiać, nagle chcieli ze mną „chodzić”, a odmowę przyjmowali nadzwyczaj źle. Stwierdziłam wtedy, że jedynym wyjściem jest znienawidzenie ich wszystkich jak leci – czyli feminizm właśnie.

To, że taka nastoletnia gówniara utożsamiała feminizm z pogardą wobec mężczyzn jako takich, świadczy o sposobie przedstawiania tego zjawiska w mediach. Obraz feministek jest nagminnie i karykaturalnie przekształcany. Z jednej strony mamy te, które krzyczą najgłośniej, jak to każde słowo wypowiedziane przez mężczyznę obraża nas i krzywdzi dogłębnie. Z drugiej te, które zabraniają nam golenia nóg i używania podpasek. Chociaż to zapewne również można uznać za seksistowską propagandę.

Zadanie stojące przed feminizmem są z gruntu trudne, a niekiedy wydają się wręcz nieosiągalne. To dążenie do jednakowych płac i postrzegania nas jako pełnowartościowe istoty, a nie potencjalne urlopy macierzyńskie. To zaprzestanie sprowadzania nas do dupy i cycków, ale jednocześnie uznanie prawa do decydowania o własnym wyglądzie. To nie obarczanie nas winą za gwałty. To traktowanie nas jako partnerki zdolne do podejmowania ważnych decyzji i kształtowania własnego życia.

Czyli traktowanie nas najzwyczajniej w świecie na równi z mężczyznami.

Niestety, niektóre feministki lubią przesadzać. Potrafią na przykład powiedzieć, że menstruacja jest czymś zupełnie naturalnym, więc powinna płynąć swobodnie. W żaden sposób nie potrafię zrozumieć toku rozumowania takich osób. Myślę, że są lepsze sposoby na manifestację swojej siły i niezależności, niż krew cieknąca po nogawkach. Feministki mówią, że golimy nogi tylko po to, żeby podobać się mężczyznom, a więc powinnyśmy przestać. Śmiem twierdzić, że golę nogi już prędzej w obawie, przed krytyką innych kobiet – serio, nie zliczę ile razy zapomniałam o depilacji i facet nawet tego nie zauważył. A gdy pokazałam palcem, zirytowana jego brakiem spostrzegawczości, nie mógł być bardziej obojętny. A kobieta? Kobieta zawsze zauważy, zapamięta i obgada z koleżankami. Prawda jest taka, że robię to przede wszystkim dlatego, że lubię. Poza tym, umówmy się, mężczyźni też dbają o wygląd. Może nie golą akurat nóg, ale coraz częściej inne miejsca. Chodzą do fryzjera, barbera, kosmetyczki, manicurzystki. Chodzą wreszcie na siłownię. I nikt im nie zarzuca, że powinni przestać, bo robią to ze względu na kobiety, prawda?

Niestety, tego typu wypowiedzi i różnego rodzaju przesadnie nagłaśniane afery przesłaniają często istotę feminizmu. Zapominamy, że to nie o to tak naprawdę w nim chodzi. Skupiamy się na tych mało istotnych sporach o podpaski, podczas gdy znacznie ważniejsze kwestie pozostają wciąż nierozstrzygnięte.

Przede wszystkim, w cywilizowanym świecie, który, przynajmniej teoretycznie, uznaje równość kobiet i mężczyzn, stało się ostatnio coś niedobrego. Ktoś powiedział, że nasze zdanie się nie liczy. Podczas gdy w innych krajach kobiety mają prawo decydować o tym, czy i kiedy chcą mieć dziecko oraz mogą liczyć na wsparcie i pomoc państwa, Polska robi krok w tył. Mówi nam się, że nie jesteśmy ważne. Ważniejszy jest Kościół, ważniejsza jest prokreacja, święte wartości, w rzeczywistości z tej świętości dawno ograbione. Podczas gdy mężczyźni nadal nie muszą się przejmować konsekwencjami swoich działań podyktowanych popędem seksualnym, my kobiety musimy się bać jeszcze bardziej. I mówią nam to ludzie, którzy w dużej mierze w celibacie żyją wyłącznie teoretycznie.

Dlatego powinnyśmy się raz jeszcze przeciwstawić pozbawianiu nas prawa do podejmowania decyzji i godnego życia. Powinnyśmy protestować przeciwko sprowadzaniu nas do funkcji inkubatora. Powinnyśmy protestować bez względu na to, co powiedzą media, politycy czy nawet inni ludzie. Gratuluję i zazdroszczę wszystkim tym, które wczoraj mogły w takim wydarzeniu uczestniczyć.

Żyjemy w XXI wieku i mamy do tego prawo, bez względu na to, jak bardzo połączone na powrót Kościół i państwo pragną przenieść nas stulecia wstecz.