Ukryty Kot

Słońce, gdzie żeś ty

13 Mar , 2017  

Każdy ma jakieś osobiste preferencje – można na przykład lubić rap, małże i kolor żółty (nie, tak naprawdę nie można). Można ich też nie lubić (a nawet trzeba). Można nawet próbować nie lubić słońca, ale prawda jest taka, że to trud raczej daremny.

Szczyciłam się niegdyś tym, że nienawidziłam słońca. Wszyscy się dziwili, że jak to, jak można, przecież słońce takie super. A ja tylko sobie myślałam, jaka jestem fajna, oryginalna, i wcale nie muszę niczego specjalnego w tym celu wymyślać. Na słońce wiecznie krzywiłam nos, a w pogodne dni zasłaniałam rolety. Tolerowałam bezchmurne niebo tylko i wyłącznie wtedy, gdy wyjątkowo naszła mnie ochota na opalanie. Czyli parę razy do roku.

Do tej pory najbardziej kocham, gdy za oknem szaleje burza, koniecznie z dużą ilością deszczu i piorunów, albo gdy pada śnieg, a porywisty wiatr rozsiewa go wszędzie bez ładu i składu. Pod warunkiem oczywiście, że siedzę w ciepłym, suchym domku, mam herbatę, coś niezdrowego do jedzenia i kogoś do przytulania. Nie porąbało mnie do reszty i nie będę w taką pogodę wychodzić przecież z domu.

Tak długo jak mieszkałam w Polsce, znienawidzone słońce i tak, prędzej czy później, gdzieś tam mnie dopadało. Trzeba się było przecież jakoś po mieście przemieszczać, a nie zawsze i nie wszędzie dało się skryć w cieniu. Znajomi, z nieodgadnionych przyczyn, nabierali ochoty na korzystanie z tak zwanej ładnej pogody. W pewne wakacje spędzałam na słońcu, w strasznych mękach, sporo czasu, bo odkryłam, że rozjaśnia mi włosy i rozsypuje urocze piegi na nosie.

Przed wyjazdem do Danii wszyscy mnie ostrzegali: ooo, tam jest tak ciemno, zimno, wieje, pada, co za straszna pogoda. Prychałam na to tylko i w duchu myślałam, co to musi być za rajskie miejsce na ziemi. Zero słońca? Fantastycznie! Gdy wybieraliśmy mieszkanie, które niestety póki co pozostaje naszym aktualnym lokum, Niedźwiedź ostrzegał mnie, że jest dość ciemne. Nie będę musiała wiecznie zaciągać rolet? Idealnie!

Nie będę kłamać – słońce nadal jest jednym z moich głównych wrogów. Nie lubię zbyt wysokich temperatur, a z takim ryzykiem słońce mocno mi się kojarzy. Nienawidzę, gdy jego promienie szyderczo wskazują każdą najmniejszą drobinkę kurzu już parę minut po sprzątaniu. Nie cierpię mrużyć oczu, choć odkąd przekonałam się do okularów przeciwsłonecznych, ten problem odrobinę się zmniejszył. Nie lubię wreszcie zapachu nagrzanego powietrza (i nagrzanych ludzi też).

Niestety, słońce nie bardzo obchodzi to, czy je lubię, czy ledwie toleruję, bo tak czy inaczej – każdy człowiek go potrzebuje. Nie wyłączając, niestety, i mnie. Przekonałam się o tym bardzo dotkliwie w Danii. Skandynawowie z powodu braku słońca i, w konsekwencji, niedoboru witaminy D3 najczęściej na świecie cierpią na depresję i sięgają po psychotropy. Z tego też względu albo zaczynają pisać mroczne kryminały, albo dostarczać inspiracji autorom tychże.

Niedobór witaminy D3 potrafi objawiać się na wiele nieprzyjemnych sposobów i każdy z nas powinien sprawdzić, czy ten problem go nie dotyczy (a jest duża szansa, że dotyczy). Skutek braku słońca, który mi (i pośrednio Niedźwiedziowi) dał się odczuć najbardziej, to apatia. Kiedy przez kilka dni pada, a popołudnia możemy spędzać w domu oddając się ulubionym formom leniuchowania – jest to stan jak najbardziej pożądany. Kiedy nie widać końca szarości za oknem, jest zimno, ponuro i całe miasto wpisuje się odrobinę w konwencję Silent Hill – naprawdę odechciewa się wszystkiego. I przez wszystko mam na myśli takie proste czynności, jak podrapanie się po karku, bo to przecież tak strasznie daleko, albo jedzenie, bo przecież więcej energii zużyję, niż dostarczę.

W Polsce słońca jest więcej, ale przecież też mamy jesień i niepodobne do niczego, co się meteorologom kiedykolwiek śniło, tygodnie pseudozimowe. I każdy chyba wie, jak to jest, kiedy oddalibyśmy wszystkie swoje narządy wewnętrzne w zamian za to, żeby akurat tego jednego dnia nie musieć wstawać z łóżka. Ja mam tak w Danii dość często. I dlatego musiałam znaleźć parę sposobów, jak to przezwyciężyć.

* Witamina D3 – tylko bardzo, bardzo proszę – po konsultacji z lekarzem. I najlepiej nie suplement diety o nie do końca pewnym składzie (chyba, że macie nadzieję na odrobinę metaamfetaminy tudzież innych cudów), tylko lek zawierający tę witaminę. Porozmawiajcie z lekarzem i z panią w aptece. To ma pomóc, a nie tylko dostarczyć dodatkowej roboty waszej wątrobie.

* Wysiłek fizyczny – jakikolwiek, ale najlepiej oczywiście taki, który sprawia nam największą frajdę. Człowiek zmęczony, to człowiek szczęśliwy – bo w końcu ćwiczenia wzmagają produkcję endorfin, a z endorfinami łatwiej się żyje niż bez. Dla mnie najlepszym sportem na takie ponure dni (w sumie na każde inne też) jest basen. Ciepło, zdrowo, bez potu. A na koniec można wskoczyć do jacuzzi albo sauny i odpowiednio się nagrzać – a to też potrafi bardzo poprawić samopoczucie, gdy na zewnątrz minus biliard stopni (no dobra, minus dwa).

* Joga – najlepiej z rana, co mi oczywiście wciąż średnio wychodzi. Poranne ćwiczenia wpływają bardzo pozytywnie na nasze ciało i dodają energii na cały dzień. Oddzieliłam jogę od wysiłku fizycznego, bo w gruncie rzeczy niekoniecznie musi się wiązać z wysiłkiem jako takim. Gdy jestem bardzo zmęczona albo chora, 15 minut spędzonych w kilku relaksujących asanach potrafi bardzo poprawić moje samopoczucie. Joga daje wiele fantastycznych możliwości i uważam, że każdy może w niej znaleźć coś dla siebie – istnieją zarówno statyczne, jak i bardziej dynamiczne jej odmiany. Zalecam jednak ostrożność i nie przekraczanie na siłę możliwości swojego ciała – sama nabawiłam się kiedyś w ten sposób urazu, który wciąż daje mi się we znaki.

Wszystkim, którzy chcieliby zacząć, a nie wiedzą jak, polecam serdecznie wpis autorki bloga Simplife, który znajdziecie tutaj.

* Jedzenie – rano gorąca woda z cytryną, potem jakiś koktajl warzywny, gotowany na parze obiad, owocowy deser. Mało cukru, dużo zdrowia. W zupełności wystarczą zmiany stawiane drobnymi kroczkami, żeby poczuć się lepiej. A organizm, który nie musi trawić ciężkiego smażonego kotleta ma więcej energii, żeby jakoś się przeciwstawić wszechogarniającej beznadziei. Chociaż są oczywiście sytuacje, kiedy może pomóc tylko wielkie pudło Toffifee – ale tu już mówimy o wyjątkowych kryzysach.

* Spacery – nawet jeśli pogoda naprawdę temu nie sprzyja – trzeba od czasu do czasu wyjść z domu. Po prostu trzeba. I chociaż wyobrazić sobie, jak to słońce przebija się przez zbite kłęby chmur i paca nas delikatnie po głowie.

* Lampy antydepresyjne – tego niestety sama nie testowałam, ale słyszałam od znajomych pozytywne opinie. Temat wymaga głębszego rozeznania (i portfela), niemniej uważam, że jeśli chodzi o nasze dobre samopoczucie – warto spróbować. Notabene, słyszałam również, że w okresie zimowym dobrze jest przejść się parę razy na solarium. Parę razy, nie więcej, i maksymalnie po pięć minut. Ale to tylko dla odważnych – ja sama jestem cykor i omijam te straszne miejsca szerokim łukiem.

I pamiętajcie, żeby słońce doceniać – nawet jeśli, tak jak ja, za nim nie przepadacie. Bądź co bądź – bez niego trochę trudno znaleźć w sobie energię, radość i ochotę do działania. A mroczne kryminały powinny jednak pozostać wyłącznie fikcją literacką.


  • debbs

    Piękny wpis, bo jakże inny od tych wszystkich: gdzie jest słońce, mam dosyć szarości, zgiń, przepadnij ciemności nieczysta! 🙂
    Ja co prawda słońce bardzo lubię, ale raczej jako towarzysza dnia, nie jako śmigło napędzające mnie do działania. Jako człowiek z północy, mocno doświadczony przez deszcze, wichry/sztormy i szarugę, doceniam choćby nieśmiałe promienie rozjaśniające wieczną zmarzlinę. Jedyna pogoda, jakiej nie znoszę i pomimo wielu lat życia z takim klimacie nie polubiłam, jest silny wiatr. Wybija mnie ze wszystkiego, wpędza w niepokój, zamyka w domu.
    Dziękuję za przypomnienie dobrych sposobów na przezwyciężenie ociężałości pogodowej; niby znam i stosuję, ale dobrze je odświeżyć.

    • O tak, wiatr jest naaajgorszy. Wiem o czym mówię, zwłaszcza że mamy średnio szczelne okna i drzwi w mieszkaniu… Więc nawet tutaj uprzykrza nam życie 🙁
      Mogę spytać, gdzie na północy mieszkałaś/mieszkasz? 🙂

      • debbs

        Jako Gdynianka z urodzenia (piszę wielką literą, bom dumna z tego 🙂 ) jestem przekonana, że moje miasto rodzinne jest polskim „windy city” jak Chicago 😉 w Gdyni przy porcie przez 20+ lat, potem nad samym prawie morzem w Gdańsku, teraz między Trójmiastem a Kaszubami. I mam cholera wrażenie, że ten wiatr mnie prześladuje, i gdziekolwiek się nie ruszę on kroczy za mną 🙁 czytałam Twój post o jeździe na rowerze i walce z wiatrem w Danii i poczułam się, jakbyś o mnie pisała…

        • Aaa, no tak 🙂 My też pochodzimy z Gdańska, ja praktycznie znad samego morza, i powiem Ci, że mam wrażenie, że tam w ogóle nie wiało 😀 Ale może to dlatego, że rzadziej wsiadałam na rower i przeważnie przemieszczałam się od punktu A do B, najczęściej komunikacją miejską. Tutaj więcej chodzę/roweruję i pewnie dlatego bardziej dostrzegam ten wiatr 🙂