Ukryty Kot

Nie jesteś stąd

17 Mar , 2017  

Odkąd ludzie mogą przemieszczać się pomiędzy krajami o wiele swobodniej, niż kiedykolwiek wcześniej, robią to chętnie i nagminnie. Jedni szukają lepszej pracy, inni zarobku lub miłości, a jeszcze inni po prostu, najzwyczajniej w świecie, nie mają innego wyboru. Bo w swoim domu nie mogą już dłużej mieszkać bezpiecznie.

Pisałam już raz o tym, skąd na duńskiej wyspie Falster tylu Polaków tudzież Duńczyków o polskich korzeniach (post tutaj). Od wielu lat do Danii napływają również imigranci z innych stron. Bardzo często na przykład osoby pochodzenia bliskowschodniego, które najczęściej zakładają tutaj lokalne sklepy, zakłady fryzjerskie, pizzerie. Spora część osób, po których wyglądzie zewnętrznym możemy zgadywać, z którego arabskojęzycznego kraju pochodzą, urodziła się już tutaj, w Danii. Ba, czasem nawet już ich rodzice od małego chodzili do duńskiego przedszkola.

W Danii imigranci w znaczącym stopniu zapełnili sektor prac fizycznych. Przyjeżdżali tutaj, ponieważ nawet minimalna, często wypłacana na czarno pensja to było więcej, niż uszczknęliby w swojej ojczyźnie. Nie znali języka, więc znajdowali prace, w których ta znajomość nie była wymagana – czyli w polu, na budowie i wszelkiego rodzaju prace porządkowe. Duńczycy w związku z tym mogli skupić się na bardziej prestiżowych zajęciach, robić kariery, podróżować i hyggować się na najróżniejsze sposoby.

Oczywiście, nie jest obecnie tak, że Duńczycy w ogóle nie pracują fizycznie, a zamiast tego siedzą w biurach i zarządzają gromadami imigrantów. Nie zmienia to jednak faktu, że Dania bardzo wiele zawdzięcza obcokrajowcom, którzy pracują na budowach i w fabrykach, którzy sieją i zbierają plony, którzy sprzątają domy, szkoły, całe firmy, którzy ich karmią i strzygą. I którzy robią to od wielu wielu lat.

Niestety, z jakiegoś powodu, społeczeństwo duńskie, wcześniej bardzo zadowolone, że ktoś inny odwala lwią część czarnej roboty, teraz nie do końca potrafi to docenić. I obcokrajowcy zaczynają przeszkadzać.

Dochodzą mnie słuchy o historiach, w które czasem aż trudno uwierzyć. Na przykład znajomy opowiadał o niemal trzydziestoletniej dziewczynie, której ojciec jest Duńczykiem a matka Tajką. Dziewczyna urodziła się w Danii i z tego względu posiada duńskie obywatelstwo. A raczej posiadała, ponieważ państwo niedawno uświadomiło sobie, że popełniło błąd, w związku z którym cofnęło jej paszport, uniemożliwiło pracę w Danii, jak i wyjazd z niej. Dlaczego? Bo rodzice nie mieli ślubu, a ojciec nie uznał dziecka. To nic, że spędziła tutaj całe życie.

Koleżanka opowiadała mi z kolei o młodej Filipince, która mieszka w Danii i urodziła dziecko Duńczykowi. Ten też nie uznał dziecka (to zaczyna przypominać jakiś powtarzalny wzór), a jej skończył się okres pobytu i państwo duńskie nakazuje jej natychmiastowy wyjazd. Dziecko ma 4 lata, a więc nie może o sobie decydować i musi pozostać przy matce (w Danii ojcowie raczej nie dostają dzieci, podobnie jak w Polsce). Zresztą, tak czy inaczej, w świetle prawa – wcale nie ma ojca. Być może dziewczyna powinna była na drodze sądowej udowodnić ojcostwo delikwenta już lata temu – wątpię jednak, czy było ją na to stać. I takim sposobem w połowie duńskie dziecko musi wracać na Filipiny, gdzie prawdopodobnie czeka je o wiele mniej świetlana przyszłość. A to wszystko nawet pomimo tego, że tak bardzo potrzebne są tutaj dzieci.

W obliczu tragicznych wydarzeń na Bliskim Wschodzie, Dania przyjęła pewną część uchodźców z Syrii, jednak trudno w tym wypadku mówić o powitaniu z otwartymi ramionami. Zgodziła się łaskawie na pewną ilość osób i już. Zapewniła im wsparcie finansowe, o ile tylko będą uczęszczać do szkoły językowej. Bardzo szlachetnie, prawda? Tyle że ostatnio stwierdziła jednak, że coś tych uchodźców dużo. Zostały więc wprowadzone kontrole paszportowe na granicy (zawsze się czuję, jakbym przewoziła ciężkie narkotyki, kiedy ubrany na zielono pan świeci mi latarką w oczy i zerka na mój polski dowód, jak na coś wielce osobliwego). No dobra, ale ci uchodźcy, którzy już tu są, to jednak strasznie dużo kosztują. Powinniśmy zabierać im wartościowe przedmioty na wjeździe do kraju. I w ogóle, musimy wymyślić jakiś sposób, żeby spłacili swój dług. Dajcie nam chwilkę.

Pomijając już jednak tego typu historie – Duńczycy lubią sprawiać wrażenie ludzi tolerancyjnych, ale w rzeczywistości nie do końca tacy są. Ze zdziwieniem spojrzą na Polaka, który pracuje w biurze, a nie przy burakach. Dla nich osoba o bliskowschodniej urodzie pochodzi z Iranu, może Pakistanu – kto by to spamiętał. To nic, że może tak naprawdę urodziła się w Danii i jest takim samym Duńczykiem.

Jasne, ja też mam czasem delikatne poczucie niesprawiedliwości, gdy patrzę na ludzi, którzy chodzą do szkoły językowej i nie robią absolutnie nic poza tym, a stać ich na o wiele więcej, niż chociażby mnie i Niedźwiedzia – zwłaszcza, gdy te osoby zachowują się w godny pożałowania sposób i mają pretensje o rozmaite rzeczy (np. o to, że muszą do tej szkoły w ogóle chodzić, albo że zajęcia prowadzi kobieta, a kobieta nie będzie im przecież rozkazywać!).

Każdemu należy się szacunek i odrobina zrozumienia. Ktoś pozbawił tych ludzi ich domu. Być może wciąż mają bliskich, którym każdego dnia może przytrafić się coś złego. Nasze finansowe problemy to niewiele, w porównaniu do tego, co taka osoba może przeżywać.

Imigranci nie są ludźmi gorszego sortu. Tak jak wszyscy Duńczycy z dziada pradziada, płacą podatki i pomagają kształtować ten kraj. Może wcale nie chcą w nim mieszkać, ale nie mają wielkiego wyboru. Może przeprowadzka do Kopenhagi od lat była ich marzeniem. Dopóki potrafią zasymilować się ze społeczeństwem i żyć w otoczeniu odmiennej kultury, dopóty zasługują na to, żeby być akceptowani.