Ukryty Kot

„Na razie tak” przed ołtarzem

20 Mar , 2017  

Jestem już w takim wieku, że co chwilę obserwuję na Facebooku wysyp zmian statusów na „zaręczony/a” lub „w związku małżeńskim”. Moi znajomi tłumami ciągną ku ślubnym kobiercom, chociaż media donoszą, że tego typu zobowiązania są coraz mniej modne.

Moda modą, staram się zawsze być otwarta na wybory innych ludzi i nie krytykować nikogo, bez znaczenia czy chodzi o ubiór, czy życiowe decyzje. Najbliższa kocia przyjaciółka wcale nie chce się hajtać, i akurat potrafię ją zrozumieć. Z racjonalnego punktu widzenia – co za różnica, skoro liczy się tylko to, że dwoje ludzi chce być razem. W czasach, kiedy rozwód coraz częściej nieodzownie wiąże się z małżeństwem, a wciąż pozostaje raczej przykrym doświadczeniem, pozostawanie w związku partnerskim ma chyba więcej sensu. W razie czego, mniej stresu. Tyle że mnie na przykład strasznie kusi wizja pięknej białej sukienki i obrączki na palcu – i nic na to nie poradzę.

Sentymenty na bok – pozostają jeszcze względy praktyczne. Jak choćby możliwość otrzymania informacji na temat stanu zdrowia partnera, gdyby ten znalazł się w szpitalu. Kwestie kredytów, spadków i innych, mniej lub bardziej przyjemnych, spraw finansowych. Może też się okazać, że naszej drugiej połówce pomarańczy trochę odbije i postanowi uciec ze wszystkimi wspólnymi oszczędnościami do połówki jakiegoś kiwi, a w takim wypadku głupio by było nie mieć rozdzielności majątkowej.

Czy kierują nimi względy romantyczne, czy też raczej praktyczne – ludzie wciąż się hajtają. Pewnie rzadziej, niż dawnymi czasy, i na pewno częściej ze skutkiem fatalnym. Można na to spojrzeć z dwóch stron. Dobrze, że ludzie mogą wychodzić z nieudanych, pochopnie zawartych małżeństw, bez linczu ze strony rodziny i najlepszego otoczenia. Jednocześnie ludzie coraz częściej nie pracują nad swoimi wzajemnymi relacjami – tego nauczył nas konsumpcjonizm. Coś popsutego (albo zwyczajnie odrobinę zużytego) należy przeznaczyć na recykling, a w jego miejsce szybciutko kupić nowe. Lepsze, ładniejsze, sprawniejsze, wyposażone w więcej gadżetów. A za chwilę, oczywiście, zacząć się rozglądać za jeszcze bardziej nowoczesnym modelem.

Bynajmniej nie mam na myśli, że człowiek powinien się wiązać raz na całe życie, zagryzać zęby i znosić cierpienia czy to fizyczne, czy to psychiczne (chroniczną nudę należy zaliczyć do obu kategorii). Wyszłabym na straszną hipokrytkę. Należy jednak rozgraniczyć poważne różnice, które uniemożliwiają stworzenie szczęśliwego i satysfakcjonującego dla obu stron związku, od drobnych zgrzytów, które zawsze są i będą. I nad którymi można wspólnie popracować.

W Danii małżeństwa nie są szczególnie modne. Tutaj zdecydowanie ludzie hajtają się tylko ze względów praktycznych, czyli głównie finansowych. Ale bardzo wielu ludzi wcale tego nie robi. Dlatego przy pierwszych rozmowach zapoznawczych często padały pytania o dzieci i o ślub. W takiej właśnie kolejności. Co potrafi się spotkać z oburzeniem ze strony ludzi o wschodnim pochodzeniu, no bo przecież właśnie powiedziałam, że mam dziecko, co pani mi tu insynuuje?!

Ale tutaj to nie jest takie oczywiste. Jest sporo samotnych rodziców i takich, którzy pozostają w niesformalizowanych związkach. Do szczęścia im te papierki wcale nie są potrzebne, a uczucia dozgonnego, choćby je przeklinali i zaklinali, w żaden sposób nie zapewnią.

No ale jeśli już zdecydujemy się na ten ślub, bo wtedy przecież będziemy mogli wspólnie się rozliczać z podatku, a tak będzie się dużo bardziej opłacać, to nie ma z tym najmniejszego problemu. Idziemy do urzędu praktycznie bez kolejek, od ręki załatwiamy wszystko. Nie są potrzebni świadkowie, jeśli nikogo ze sobą nie przyprowadzimy, dostaniemy kogoś na miejscu. Nie musimy mieć nawet obrączek! Dostaniemy je gratis, jeśli nie przeszkadza mam, że nie będą ze złota . Duńczycy lubią proste i praktyczne rozwiązania. Raz, dwa i po krzyku.

Właściwie nie wiem, dlaczego jeszcze tego z Niedźwiedziem nie zrobiliśmy; ciekawe ile pieniędzy moglibyśmy dodatkowo zaoszczędzić…

Zgodnie z zasadą, że co łatwo przyszło, równie łatwo sobie pójdzie, Duńczycy również często się rozwodzą. I to jest jeszcze łatwiejsze, niż można by przypuszczać! Po pierwsze, możemy to zrobić przez internet. Kojarzycie te rozstania na fejsie, kiedy para się pokłóci i w złości zmienia status związku? A następnego dnia, kiedy się pogodzą, po kryjomu ustawiają wszystko tak jak było. Z rozwodem w Danii jest podobnie, tylko może nie tak łatwo to anulować, ale na pewno można w razie czego pobrać się jeszcze raz. Ciekawe, czy jest jakiś limit.

Słyszałam nawet, że jeśli jedna strona chce rozwodu, a druga się nie zgadza, odpowiedni urząd zrobi to za tę osobę. Innymi słowy wystarczy, że jedno z dwojga ogłasza kapitulację. Zakładam jednak, że chodzi tu o rozwody bez orzekania o niczyjej winie.

Rozumiem, że współcześnie małżeństwo to umowa jak każda inna, i jako taką można ją również zerwać. Z mniejszych lub większych przyczyn. Nic nie poradzę jednak na to, że takie podejście godzi odrobinę w tę bardziej romantyczną część mnie. Z drugiej strony wiem, że naoglądała się za dużo filmów, a za mało życiowych tragedii.