Ukryty Kot

A ty gdzie wyrzucasz swoje śmieci?

25 Mar , 2017  

Nie lubimy śmieci. Pakujemy je do worków, najlepiej różowych i pachnących, i wywalamy za drzwi. Pozbywamy się ich, nie poświęcając zbędnej uwagi. Kto inny się tym zajmie, wywiezie, posegreguje. Nie my.

Recykling to coś, czego uczymy się w szkole. W Dzień Ziemi dzieci chodzą po mieście, zbierają śmieci, wyrzucają je do odpowiednich pojemników. Maluchy paradoksalnie przejmują się tym najbardziej, chociaż to dorośli właśnie powinni im dawać dobry przykład. Przedszkolaki starają się pilnować rodziców, tłumaczą, że pani w przedszkolu mówiła, że śmieci trzeba segregować, bo inaczej Ziemia umrze. Ale oni mają ważniejsze sprawy na głowie, a na ignorowanie swoich pociech skuteczne metody.

Teoretycznie wszędzie w Polsce porozstawiane są kontenery: osobne na szkło, makulaturę, plastik. Ilu ludzi z nich korzysta? Nie tylu, ilu powinno. Wiele razy pytałam, dlaczego nie? Najczęstsza odpowiedź brzmi: Bo ja widziałam/-em, jak oni zabierają te śmieci i wysypują wszystkie kontenery do jednej śmieciarki! Owszem, robią tak. Ale nie dlatego, że w dupie mają segregację. Powód jest taki, że ktoś i tak musi te śmieci raz jeszcze posegregować, bo NIE KAŻDY, z jakiegoś powodu, wrzuca do tych pojemników to, do czego są przeznaczone. Fakt, że jednak większość tych rzeczy jest wstępnie posortowana ułatwia tym ludziom pracę. Ale muszą ją wykonać tak, czy inaczej.

Kilka lat temu wprowadzono w wielu miejscach obowiązkową segregację na odpady suche i mokre. Pomysł super, wiele rzeczy, które wcześniej jechały prosto na wysypisko, można wykorzystać na kompost. W czym problem? Sama właściwie nie wiem, czy winna jest nazwa, czy jednak ignorancja ludzi. W bloku moich rodziców okazało się jednak, że taka segregacja przerasta znaczącą część mieszkańców; nawet pomimo porozwieszanych na klatce instrukcji. Bardzo wiele osób, nie przeczę, że w większości starszych, uznało, że skoro takie na przykład opakowanie po silnie żrącym środku chemicznym jest wewnątrz mokre, no to przecież chyba logiczne, gdzie należy ja wyrzucić, prawda? I blok musiał się dorzucać, żeby zapłacić komuś innemu za uprzątnięcie tej nieudanej próby zabawy w recykling.

Może zmiana nazwy na jakąś mniej mylącą rozwiązałaby problem. A może wcale nie. Nawet kary pieniężne nie wydawały się skuteczną motywacją. Bo prawda jest taka, że nie lubimy się martwić rzeczami, które, w naszym mniemaniu, leżą w gestii innych osób, ludzi pozbawionych imion, twarzy, robiących wszystko to, czego my byśmy w żadnym wypadku nie chcieli robić. Zajmowaniem się naszymi śmieciami, chociażby.

W Danii problem śmieciowy jest rozwiązany wręcz idealnie.

Ostatnie dwa tygodnie w szkole spędziliśmy wyłącznie na rozmowach na ten temat. Skoro ja musiałam swoje wycierpieć, a Niedźwiedź znosić moje rozpaczliwe wiadomości, postanowiłam was również nie oszczędzać. Bo chociaż mam już szczerze dosyć myślenia o tym, jak działają trzy różne piece i zastanawiania się, dokąd wędruje każda wyrzucana rzecz, to muszę przyznać, że system jest genialny. Idealny. I co najważniejsze, działa.

Na wyspach Lolland i Falster prężnie działa REFA. Ona właśnie zajmuje się wywozem i paleniem śmieci. Ale nie wszystkich jak leci. Zasady są proste: do kontenerów przed domami i blokami wyrzuca się śmieci kuchenne. Tak to się nazywa, w praktyce chodzi oczywiście po prostu o wszystko, co na bieżąco wyrzucamy w domu i co nie nadaje się do recyklingu. Co z resztą? W stosunkowo wielu miejscach porozstawiane są kontenery (chociaż wolę na nie mówić igloo, bo przypominają je z kształtu) na makulaturę, plastik, szkło i opakowania po napojach – obojętnie czy plastikowe, szklane, czy metalowe. Zresztą tak naprawdę butelki i puszki najczęściej można zwrócić w sklepach, w specjalnych maszynach, i odzyskać za nie kaucję.

No dobra, ale śmieci mamy jeszcze wiele innych rodzajów. Kartony po butach, metalowe puszki po kukurydzy, ścięte róże z ogrodu, foliowe torebki. I wszystko to ma swoje miejsce. Przy siedzibie REFY znajduje się duży genbrugsplads (genbrug – ponowne użycie). A na nim 32 (!) różne kontenery. Plus miejsce na rzeczy, których nie chcemy, ale może ktoś inny by chciał – stare meble, ubrania, zabawki. Te trafiają do genbrugsbutików, gdzie ktoś może je tanio kupić, a pieniądze ze sprzedaży idą na pomoc potrzebującym.

REFA również pali śmieci, ale tylko te, których nie można już przetworzyć. Pali i wytwarza z nich prąd oraz ciepłą wodę do naszych kranów i kaloryferów. Żeby było śmiesznie, zapotrzebowanie jest większe niż ilość śmieci produkowanych przez Duńczyków – zwłaszcza w okresie zimowym. Dlatego też do REFY przyjeżdżają ciężarówki z Niemiec, wypełnione kupionymi przez nią niemieckimi śmieciami. Mało tego! Popiół, który zostaje z tego całego palenia pakowany jest w worki i sprzedawany do Norwegii. I tego nie jestem na sto procent pewna, ale na tyle, na ile moja znajomość duńskiego pozwoliła mi zrozumieć, Norwegowie łatają nim dziury w ziemi. No albo coś innego, w każdym razie skoro go kupują, na pewno jest im potrzebny, prawda?

Miałam tylko jedną wątpliwość. Zbudowaną na moim doświadczeniu, przywiezionym z Polski. Czy ludzie naprawdę tego pilnują? Wyrzucają do śmieci tylko to, co się do recyklingu nie nadaje? Przecież genbrugsplads jest jeden w mieście. Z Niedźwiedziem, przyznaję się bez bicia, byliśmy tam tylko jeden jedyny raz – kiedy musieliśmy wyrzucić pudła po przeprowadzce, a właściciel zabronił nam wrzucać je do kontenera. Spacer tam zajął nam jakieś 30 minut (trzeba było ciągnąć ciężką taczkę wypełnioną kartonami), a powrót jeszcze dłużej (trzeba było ciągnąć Kota w taczce). Szczerze mówiąc, to spory kawałek drogi dla nas, żeby tak regularnie chodzić i wyrzucać śmieci. Zwłaszcza, że nie mamy samochodu. I nie jest to po drodze donikąd.

Jednak, ku mojemu zdziwieniu, okazuje się, że Duńczycy to robią. Zwłaszcza osoby starsze, o których myślałam, że może im się nie chcieć. A właśnie się chce! Teściowa mojej Filipinki pilnuje każdego śmiecia. Raz na jakiś czas jadą samochodem na plac i wyrzucają wszystko do odpowiednich pojemników. Duńczykom zależy, bo mają świadomość tego, że to właśnie jest ich problem. Bo wszyscy oddychamy tym samym powietrzem i wszyscy korzystamy z dobrodziejstw, które mogą nam te śmieci pośmiertnie zaoferować.

Co do odległości, od października ma być mniejszym problemem. Jest projekt porozstawiania większej ilości różnego rodzaju igloo w mieście. W Kopenhadze i innych większych miastach już tak jest. Do nas również ma ten postęp wkrótce nadejść. Nie mogę się doczekać, bo Niedźwiedź już marudzi, że tak zbieram i myję wszystkie puszki. I że ciągle pytam, co zrobić z czym. Ciekawe co powie, jak przyjdzie ten moment, że przestaną się nam mieścić i zarządzę wyprawę na genbrugsplads…

Mam szczerą nadzieję, że Polska weźmie kiedyś dobry przykład. Wierzę, że idzie w dobrym kierunku, jednak mam też świadomość, że w Polsce mieszka więcej ludzi, którzy, siłą rzeczy, produkują więcej odpadów. Ale w tych odpadach jest potencjał i to od nas zależy, czy go wykorzystamy.