Ukryty Kot

Najpiękniejsze miejsce w Danii

2 Kwi , 2017  

Nie ma powodu się oszukiwać – Dania nie jest najpiękniejszym krajem na świecie. Jeśli ktoś jednak gustuje w skandynawskich, dosyć płaskich i monotonnych krajobrazach, obfitujących w pola, zwierzęta hodowlane oraz wszechobecne wybrzeża, może się naprawdę spodobać.

Jest jednak takie miejsce w Danii, które jest po prostu bezapelacyjnie piękne. Nawet Niedźwiedź to potwierdzi, a jemu się tutejszy krajobraz wyjątkowo mało podoba. Duńskie „najpiękniejsze” fiordy nieopodal Nakskov ledwo dostrzegł; zresztą ja też, bo nie bardzo wiedziałam, co to fiord. I dalej nie wiem, bo tamte były jakieś średnio reprezentacyjne. Ale jedno miejsce, wyjątkowo jak na Danię niepłaskie, chciałabym dzisiaj gorąco polecić.

Mowa o Møns Klint – klifie znajdującym się na niewielkiej, bo jeszcze mniejszej od Falster (!), wyspie Møn. Możecie go podziwiać na zdjęciu nad postem, a tutaj dodaję jeszcze widok z przeciwnej perspektywy:

Na żywo robi jeszcze większe (jakieś 120 metrowe) wrażenie. Swój niemal śnieżnobiały kolor zawdzięczaj głównemu budulcowi – kredzie. Z tego też powodu pod klifem należy zachować szczególną ostrożność. Kredowe fragmenty mogą niekiedy odpadać i obsypywać (albo przygniatać, zależnie od wielkości) głowy turystów. Należy także uważać na śliskie kamienie, no i przypływy. Za pierwszym razem nie mieliśmy możliwości spacerowania pod klifem, ponieważ woda zalała całe nabrzeża, a nawet ostatnie stopnie schodów (których jest raptem 497). Jednak przy sprzyjających warunkach można zejść na sam dół na jednym końcu klifu, przespacerować się u jego stóp aż do następnych schodów, po czym dopiero wspiąć się z powrotem na szczyt. Chyba, że ktoś bardzo lubi chodzić po schodach i wolałby jednak tę przyjemność powtórzyć w obu miejscach. Szczerze odradzam.

Swoją pierwszą wycieczkę na klif odbyliśmy, gdy odwiedzałam Niedźwiedzia w Danii jeszcze podczas studiów. Nie mogliśmy w związku z tym za bardzo wybrzydzać w kwestii pogody. Zadowoliliśmy się ledwie tym, że prognoza mętnie obiecywała przejaśnienia po bliżej nieokreślonym południu, bo to i tak była najbardziej zachęcająca perspektywa tamtego tygodnia. W związku z tym, gdy dotarliśmy na miejsce było oczywiście szaro-buro, mokro, mgliście i ogólnie lepko. A pomimo tego wciąż pięknie i klimatycznie.

Poszczęściło nam się jednak i obiecywane przejaśnienie wreszcie nadeszło. Blade słońce niestety nie dało rady osuszyć drewnianych schodów, po których ślizgaliśmy się radośnie raz za razem. Warto odnotować, że na terenie klifu i okolic porozstawiane są żółte tabliczki podające numer telefonu, pod który należy zadzwonić w razie wypadku. Nie wiem tylko, w jaki sposób, biorąc pod uwagę, że nasze telefony nigdzie nie łapały sygnału. W każdym razie to, że przeżyliśmy, a moja wyjątkowa niezdarność nie przyprawiła Niedźwiedzia o zawał serca, uważam za ważną próbę dla naszego związku.

Kolejną przeszliśmy, gdy po ostatecznym wspięciu się na klif postanowiliśmy pospacerować jeszcze po pięknej okolicy. Podziwialiśmy drzewa, kwiaty, zające; wdychaliśmy świeże powietrze i zapachy parujących po deszczu roślin. Tyle że, jak należałoby się zresztą spodziewać od początku, oczywiście się zgubiliśmy. Pokłóciliśmy się o interpretację mapy terenu, zgarniętej na wejściu, po czym poszliśmy oczywiście za męskim głosem, no bo każdy przecież wie, że kobiety się nie orientują w terenie (a ja wolę ustąpić i potem „aniemówić”, niż przepraszać za nieusłuchanie). Poprosiliśmy o pomoc napotkanych ludzi – wystąpiły pewne problemy natury komunikacyjnej, nastąpiło bliżej nieokreślone machnięcie ręką i gorliwe podziękowania. Koniec końców (oczywiście) okazało się, że od początku miałam rację. I pomimo tego wróciliśmy do domu wciąż jako para. Wszystkim szczerze polecam po prostu się nie gubić, zwłaszcza w miejscu, gdzie nieuwaga może doprowadzić do upadku ze znaczącej wysokości prosto na kamienie.

Błądząc po lasach natrafiliśmy jednak na pewne interesujące zjawisko: maleńkie żabki. Najpierw pojedyncze osobniki, które łapałam zacięcie wszystkie po kolei.


A potem coraz więcej i więcej… aż w końcu zaczęła się rzeka żab. Po prostu nie dało się nie nadepnąć na którąś idąc po ścieżce, a nawet obok niej. Próbowałam naśladować Legolasa, ale obawiam się, że tylko ja poczułam tę niezwykłą lekkość swojego ciała. Żabki raczej niekoniecznie. Do tej pory, bezskutecznie, staram się wyrzucić z pamięci ten okropny akt mordu, którego z konieczności się wówczas dopuściliśmy.

Ale poza tym incydentem było pięknie, zapierało dech w piersiach (dosłownie i w przenośni) i na pewno będę chciała pojechać tam jeszcze nie raz. Koniecznie w ładną pogodę. I w wygodnych butach. I z dużą ilością wody pitnej w zapasie. Z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że to najpiękniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek byłam (i wcale nie dlatego, że to ja znalazłam drogę).

Warto również nadmienić, że obok klifu znajduje się także duże centrum Geologiczne – Geocenter Møns Klint. Niestety, nie byliśmy w środku ze względu na ograniczone fundusze. Jeśli jednak kogoś szczególnie interesują tego typu miejsca, może to być ciekawy dodatek do wycieczki.

Poprzedni

Jak postanowiłem przestać tyć, dalej żrąc tyle samo

Jednym z moich nawyków, których Kot nigdy nie potrafiła pojąć, ... Czytaj dalej

Następny

Po czym poznać, że to twój Niedźwiedź?

Nie potrafię policzyć, ile razy słyszałam te pytania: Skąd wiesz, ... Czytaj dalej