Ukryty Kot

Ból dnia następnego

8 Kwi , 2017  

Jedna pochopna decyzja, dwa łyki za dużo, kilka myśli za mało – i cały dzień następny spędzamy w stanie zawieszenia. Niby nie jest źle, niby nic takiego, a wszystkie plany i cała energia wyparowały razem z alkoholem.

Wcale nie byliśmy wczoraj na imprezie. Ani nie poszliśmy do pubu. Nawet nie wypiliśmy tej butelki wina do końca!

Wino to pojawiło się w naszym domu przez zupełny przypadek. Wcale go nie chcieliśmy. Robiliśmy małe zakupy i zauważyliśmy kilka różnych butelek na promocji. Obejrzeliśmy je, wybraliśmy jedną. Pech chciał, że się pomyliliśmy i kupiliśmy niechcący taką nieprzecenioną. Zaproponowałam bez przekonania, że możemy ją jeszcze wymienić; Niedźwiedziowi nie chciało się dwa razy stać w kolejce. Machnął ręką i stwierdził, że możemy sobie od święta wypić lepsze. No bo skoro droższe, to lepsze na pewno. Musowo.

Wczorajszy dzień był długi, tańcowałam ze szmatkami, odkurzaczem oraz mopem prawie do wieczora. W międzyczasie biegaliśmy do pralni z praniem, które zaczęło już wystawiać złowrogie macki z kosza. Cały dzień na nogach trzymała mnie tylko myśl o czekającym nas przyjemnym wieczorze. O hyggowaniu się przed telewizorem z butelką dobrego wina i paczką chipsów. Tak jak za starych dobrych czasów, kiedy przyjeżdżałam do Niedźwiedzia do Danii i wychodziliśmy z łóżka tylko po to, żeby nalać wina, dosypać niezdrowego jedzenia, albo włączyć następny odcinek Przyjaciół.

Zazwyczaj jednak jest tak, że oczekiwania przerastają rzeczywistość. W tym wypadku nie było inaczej.

Zaczęło się od korka w butelce, który w żaden sposób nie chciał wyjść w całości, w końcu pękł złośliwie wpół i część trzeba było, o zgrozo, wepchnąć do butelki. W związku z czym pozostałą jej zawartość musieliśmy przelać przez sitko. Wino okazało się średnio smaczne, a przy tym odrobinę (albo i dwie) za mocne. Chipsy jakoś nie bardzo do niego pasowały, zwłaszcza Niedźwiedziowi, który zaczął pluć sobie w brodę, że nie kupił jednak innych. Zignorowaliśmy jednak nieopatrznie te oczywiste zapowiedzi tragedii. Nawet wtedy, kiedy film okazał się trochę zbyt trudny w odbiorze jak na nasz ogólny stan psychofizyczny, i z całą pewnością zbyt długi.

Nie dotrwaliśmy ani do końca filmu, ani do końca butelki (ale podołaliśmy chipsom!). Wypiłam zresztą i tak odrobinę za dużo, jak na moje ograniczone w tym stanie możliwości. Aż trudno sobie wyobrazić, że w latach wczesnej młodości potrafiłam spożyć niewyobrażalne dla mnie teraz ilości (i przedziwne połączenia) alkoholu, a na drugi dzień nie cierpieć nic, prócz ewentualnie lekkiego bólu głowy. Teraz boli bardziej na samo wspomnienie.

O godzinie drugiej obudził mnie pierwszy nieprzewidziany efekt naszej niefrasobliwości – odgłos głębokiego chrapania. Właściwie przez pierwsze kilka minut, nie do końca jeszcze rozbudzona, byłam pewna, że Niedźwiedź mówi coś po duńsku. Może zresztą tak było? Obudzona wreszcie doszczętnie, bezlitośnie dziobnęłam go w żebra, po czym odkryłam, że koniec, bo boli mnie głowa. Bez przekonania wzięłam ibuprom, co oczywiście, zgodnie z przewidywaniami, nic nie pomogło. Ból głowy po alkoholu zawsze oznacza dla mnie nieprzespaną, za to bardzo ruchliwą noc. W ten sposób rozwaliłam warkocz, który zaplotłam do spania, i z upragnionych sobotnich loków wyszły smętne, nierówne szlaczki.

Ale nie tylko to się nie udało. Nie udało się zupełnie nic. Plan na sobotę miałam bardzo konkretny: odwalić manicure, odrobić prace domowe na duński, poprawić wypracowania i przygotować się do wtorkowej prezentacji. Miało świecić słońce, miałam być piękna z tymi lokami i wiosennym lakierem na paznokciach. Po skończonej pracy, zagryzając świeżymi owocami, miałam oddać się pisaniu robiąc przerwy na kolejne akapity Beowulfa. Miałam wycisnąć ten dzień jak cytrynę, miało być i produktywnie i przyjemnie.

Miało, miało, miało. Tylko to wino chyba wiedziało, że tak naprawdę wcale nie chcieliśmy jego, tylko tamto tańsze, i zemściło się za tę zdradę bezlitośnie. Jedna jego lampka! (no, może lampa, bo to Niedźwiedź nalewał) doprowadziła nas do takiego stanu kompletnego rozmemłania. Wślizgnęło się jak karaluch, którego nie zniszczy nawet broń jądrowa, do wnętrza czaszki i żołądka, i postanowiło zostać na dłużej. Odebrało nam chęć do życia, energię, wylało się bladością po twarzach i obniżyło produktywność do poziomu minimalnego. Pokarało nas za brak miłości, za brak wiary, wreszcie za niedocenienie jego walorów smakowych. Myślę, że jest odpowiedzialne nawet za to, że komputer Niedźwiedzia nie chce dzisiaj współpracować.

Bogu tylko dzięki, że na obiad mogliśmy zjeść resztki z wczoraj. Tłuste. Idealne.

Czy ktoś reflektuje na resztkę tego wina?