Ukryty Kot

Kilka rzeczy, które warto wiedzieć o Danii

23 Kwi , 2017  

Inny kraj zawsze wymusza na nas przystosowanie się do nieco (albo bardzo) odmiennych warunków. Są rzeczy, które o Danii dobrze wiedzieć zawczasu, żeby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek (choć może nie tak nieprzyjemnych, jak śmiertelnie jadowite pająki w Australii).

Moje wyobrażenie o Danii, zanim jeszcze przyjechałam tu po raz pierwszy, było dalece bardziej optymistyczne, niż powinno. Przede wszystkim wydawało mi się, że skoro Skandynawia, no to deszcz, śnieg, zimno. W wyobraźni przechowywałam jakieś piękne obrazki, które, teraz to wiem, musiały pochodzić raczej z Norwegii. Co gorsza, nie zdawałam sobie sprawy, że oprócz Jutlandii i Zelandii, Dania to jeszcze pierdyliard małych wysepek. I wciąż niewiele ciekawego do oglądania.

Wybrałam więc kilka rzeczy, które uznałam za najważniejsze (albo najdziwniejsze).

1. Podróżując przez Danię musimy liczyć się z licznymi przejazdami przez mosty.

Przy czym dostanie się na wyspy z Niemiec jest możliwe tylko promem, albo naokoło, przez Jutlandię. Ten drugi wariant wydaje się tańszy nieostrożnym posiadaczom samochodów, których za podróż promem kasuje się słono, ale warto się zastanowić – czeka nas przejazd przez Storebæltsbroen (Most Dużego Bełtu), łączący Fionię z Zelandią, a do tego nadrabiamy kilometrów. Na szczęście przez wszystkie pomniejsze mosty możemy przejeżdżać za darmo. Jeśli jednak uznamy, że chcemy jak najszybciej opuścić Danię i spróbować szukać skandynawskiego doświadczenia raczej w Szwecji, będziemy musieli przekroczyć Øresundsbroen – i znów zabulić.

2. Trochę tu wieje.

Trochę bardzo. Jeśli chcecie się dowiedzieć dokładnie, jak bardzo, polecam zajrzeć tutaj. Z tego wiatru wynika kilka rzeczy – po pierwsze, Duńczycy ubierają się raczej ciepło niż ładnie, bo marznięcie nie jest przyjemne. Po drugie, lepiej zainwestować w płaszcz przeciwdeszczowy, niż parasolkę, która i tak za chwilę się połamie. Po trzecie, trzeba bardzo uważać na głowę, zwłaszcza wczesną jesienią, kiedy zwiększa się ryzyko oberwania uzbrojonym kasztanem. Po czwarte, i najważniejsze, należy albo zainwestować w bardzo drogi lakier (reklamy z samolotami kłamią – potrzeba czegoś silniejszego), albo poćwiczyć ciasne sploty, albo odpuścić sobie układanie włosów w ogóle i postawić na naturalną potargawicę. Ewentualnie można się ściąć na jeża i puścić te wszystkie kołtuny w błogą niepamięć.

3. Dla Duńczyków królowa jest bardzo ważna.

Lepiej się nie przyznawać, że się nie pamięta jej imienia, albo że się nie wie, jak wygląda (przerabiałam to drugie) – chyba, że lubicie się czasem poczuć jak marny robak. Taki wyjątkowo obrzydliwy, z dużą ilością nóg, długimi czułkami i szczypcami pomiędzy nimi… Zapamiętajcie więc, że w Danii panuje królowa Małgorzata II, lat 77, a zdjęcie wyguglajcie już sobie sami.

4. Wodę piją tu z kranu, a butelkowana jest droższa, niż cola.

Dania szczyci się dobrą wodą, pompowaną z podziemnych źródeł, bogatą w minerały. W restauracjach nie dostaniecie wody butelkowanej, tylko prosto z kranu; w duńskich domach też raczej spotkacie się z taką praktyką. Cena wody w butelce jest wysoka, nawet jak na tutejsze standardy, w związku z czym też musieliśmy sobie odpuścić jej kupowanie.

Z tą wodą jest tylko jeden, za to dosyć upierdliwy, problem – jest okropnie twarda. Czytałam, że to właśnie przez te drogocenne minerały. I być może Duńczycy by mnie za to wyklęli, ale uparłam się jednak tę wodę filtrować – zarówno tę, którą pijemy, jak i tę, w której się kąpiemy. Przy pierwszych wizytach w Danii odczułam ten problem bardzo dotkliwie – przesuszone, naelektryzowane włosy, sypiący się naskórek, stany zapalne na skórze. DRAMAT – a wystarczył tydzień.

Na szczęście przed przeprowadzką zaopatrzyliśmy się w dzbanek filtrujący i regularnie wymieniamy filtr prysznicowy. Ba, filtry przywożę z Polski hurtowo, bo zaopatruję także koleżanki z innych stron świata. Różnica jest ogromna.

5. Pieszy ma pierwszeństwo.

Co prawda w Polsce teoretycznie też, ale bardzo często tylko teoretycznie. W czasach liceum pół życia spędziłam na sopockich przejściach dla pieszych, modląc się, żeby zdążyć chapnąć bułkę w maku przed rozpoczęciem kolejnej lekcji. Czasami się udawało, ale częściej trzeba było po prostu wybiec na środek jezdni i bardzo mocno wierzyć w swoją nietykalność.

W Danii tego problemu nie ma w ogóle. Ani trochę. Wszyscy się zatrzymują i przepuszczają (chyba głównie dlatego, że w przeciwnym wypadku grozi im punkt karny, a mogą mieć tylko trzy; ale wolę wierzyć w ich wysoką kulturę osobistą i przyjazność). Kiedy z przyzwyczajenia staję i czekam, aż przejadą, w obawie przed ewentualnym potrąceniem, strąbieniem tudzież zwyzywaniem, patrzą na mnie jak nie do końca sprawną umysłowo. Nic nie poradzę, że nie wyzbyłam się jeszcze lęku przed szalonymi kierowcami.

6. Szczypiorek jest dziwny.

Punkt ostatni, może pozornie mniej ważny, ale nie dla mnie. Może są tu też inni szczypiorkożercy, którzy nie potrafią sobie wyobrazić bez niego kanapki, omletu, jajecznicy oraz niektórych dań obiadowych. Niestety, duńskiego szczypiorku nie cierpię szczerze.

Do wyboru mamy bowiem droższy, bardzo drobny szczypiorek, którego smaku próżno szukać, bądź też, bardziej popularny i znacząco tańszy – szczypior ogromny. Szczypior, który trzeba najpierw przekroić parę razy wzdłuż, żeby uzyskać w miarę standardowej wielkości kawałki. Szczypior niesmaczny, paćkający palce na zielono i pachnący stanowczo zbyt intensywnie.

Chciałabym tylko wiedzieć, skąd oni go biorą. Kupiliśmy bowiem duńską cebulę, zasadziliśmy na parapecie i wyrósł z niej szczypiorek zupełnie normalny, pyszny i jędrny. Taka ot, zagadka.