Ukryty Kot

Kilka rzeczy, które warto wiedzieć o Danii cz.2

28 Kwi , 2017  

Po ukończeniu poprzedniego wpisu (klik), oraz przeczytaniu komentarza od czytelniczki, uświadomiłam sobie, że jednak można jeszcze trochę dodać. W związku z tym oto przed wami część druga wprowadzenia do duńskiej rzeczywistości.

Namyślałam się długo, ale udało mi się wybrać kilka kwestii (z takich, o których szerzej jeszcze nie pisałam, ani raczej nie planuję), które uważam za interesujące. Specyficzne. Pozytywne, albo niekoniecznie. W każdym razie na pewno bardzo duńskie.

1. Duńskie podejście do nagości.

Ogólnie rzecz biorąc wygląda to tak, że na przykład na basenie nikt się nie przejmuje. Matki i ojcowie zabierają ze sobą swoje pociechy obu płci i wszyscy, absolutnie wszyscy, latają po tych szatniach nago. Ba, w czasie gdy ja się dyskretnie przebierałam, do damskiej szatni zajrzał starszy pan w poszukiwaniu małżonki, i mój widok w niemal zupełnym negliżu ani go nie zakłopotał, ani nie uradował. Nie przeprosił, nie skomentował, beznamiętnie rozejrzał się po pomieszczeniu i wyszedł.

Duńczycy ze swoim ciałem czują się dobrze. Ostatnim razem pani z dość wyraźną nadwagą, czekając, aż jej pociechy zwolnią prysznic, opowiadała jakąś zabawną historię, której do końca nie zrozumiałam, energicznie dodając do niej element wizualny. Odtańczyła jakiś dziwaczny taniec, innymi słowy. I czuła się przy tym swobodniej, niż ja bym się czuła wyczyniając takie cuda w komplecie ubrań.

To samo na plażach. W Danii nie ma potrzeby wydzielania osobnych plaż dla nudystów – jeśli masz ochotę opalać się nago, po prostu to robisz. Nie ma nic niezwykłego w tym, że dzieciaki biegają jak je rodzice stworzyli, a rzeczeni stwórcy opalają się w tym czasie kompleksowo, nie wyłączając miejsc intymnych. I nikogo to jakoś szczególnie nie gorszy (no, może trochę nas).

Tak sobie myślę, że problemu karmienia piersią w miejscach publicznych też pewnie w Danii nie ma.

2. Cmentarze – można inaczej.

Długo nie zdawałam sobie sprawy, że mijane przez nas parki są tak naprawdę cmentarzami. Olśniło mnie właściwie dopiero, kiedy pokazywałam koleżance na google mapie, gdzie będziemy z Niedźwiedziem mieszkać. I wtedy je zobaczyłam.

Są przepiękne. Nie ma w nich tego ścisku i wrażenia przeładowania przestrzeni, które zawsze odczuwam na polskich cmentarzach. Nie ma ogromnych płyt nagrobnych, przywalonych popękanymi zniczami, które pamiętają do pięciu świąt zmarłych wstecz, i bukietami podgniłych już kwiatów, przywianych prawdopodobnie z innego grobu. Są tylko eleganckie nagrobki, a przy nich oszczędne ozdoby; oprócz tego kwiaty, drzewa, ciche alejki. Czyli park de facto.

Możliwość taka istnieje oczywiście głównie dlatego, że w Danii mieszka o wiele mniej ludzi, a więc, siłą rzeczy, mniej ich również umiera. Jest więc wystarczająco dużo miejsca, aby wszystko ładnie zaaranżować. Pomiędzy nagrobkami można zachować większe odstępy, te natomiast wypełnić dyskretnymi krzewami czy klombami. W Danii powszechna jest kremacja zmarłych, jednak zdarza się również chowanie ich w trumnach. Tak czy inaczej, nie ma potrzeby stawiania w tym miejscu wielkiej płyty, na którą w żadnym razie nie wolno nastąpić, tylko często bardzo trudno tego uniknąć.

3. Dziwaczny stosunek cen.

Do tego niestety wciąż nie mogę się przyzwyczaić i czasem kręci mi się w głowie od przeliczania wszystkiego na złotówki i zastanawiania się, czy wydałam mało, czy dużo. Za 100 koron (około 60 zł) potrafimy na przykład zrobić obiad na dwa dni i kupić jakieś owoce, chipsy, mleko. Bez szaleństw, ale jest nas przecież tylko dwoje. Za 120 koron wejdziemy oboje na basen; za tyle samo już tylko jedno z nas kupi bilet do kina. Natomiast 150 koron kosztuje tubka maści na bóle mięśni i stawów.

Moi znajomi potrafią powiedzieć, że kurtka za 600 koron jest taniochą, okazją, żal nie brać. Mi trochę żal brać. Ale już nie wiem zupełnie czy dlatego, że wcale nie jest tak tanio, czy tylko dlatego, że ja bym ją wyhaczyła w Polsce za 150 zł. Z drugiej strony koleżanka narzeka, że za pudełko o zawartości kilku czekoladek zapłaciła aż 10 koron, i też już nie wiem, czy ma rację, czy za bardzo się przyzwyczaiłam, że 10 koron to podstawowa wartość płatnicza tutaj.

Nic nie wiem.

4. Mówią, że nie mówią po angielsku, ale mówią.

Wspominałam o tym, pisząc wcześniej o mojej pierwszej wizycie u duńskiego lekarza (tutaj). To nie była jedyna sytuacja, kiedy zasmuciłam kogoś pytaniem o możliwość rozmowy w języku angielskim. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu Duńczykom wydaje się, że posługują się nim w niezadowalającym stopniu. I zupełnie nie rozumiem dlaczego!

Tutaj po angielsku potrafią coś powiedzieć nawet osoby starsze. Nie twierdzę, że poprowadzą konwersację na tematy filozoficzne, ale z całą pewnością odpowiedzą na proste pytanie, wskażą drogę, podadzą cenę. I mówią naprawdę zaskakująco ładnie; ale może jak się na co dzień imituje gęś z kartoflem utkniętym w przełyku, to już każdy inny język jest prosty.

Inna sprawa, że Duńczycy bardzo lubią swój język i niechętnie przechodzą na jakikolwiek inny. Wymagany jest również w praktycznie każdym zawodzie. Koleżanka z Hiszpanii, pani doktor, została co prawda zatrudniona bez znajomości duńskiego – lekarze akurat są w naszej okolicy bardzo poszukiwani i właśnie często ściągani z zagranicy – ale dali jej niecały rok na ukończenie kursu i zdanie państwowego egzaminu z maksymalnymi wynikami. Dziewczyna zastanawia się teraz, czy ją odeślą do domu, jeśli jej się nie uda.

5. Noszą te śmieszne kapcie.

Te tak zwane birkenstocki. Te, które wrzuciłam na zdjęcie do wpisu, bo tak bardzo jest to dla mnie symbol duńskości. Uważam, że są one odrobinę śmieszne, a w każdym razie na pewno bardzo nieładne. Odpycha mnie od nich niesamowicie. Ale oni je uwielbiają, noszą, wychodzą w nich z domu. Wierzę, że są bardzo zdrowe dla stóp i dla kręgosłupa; już trochę trudniej mi uwierzyć w ich wygodę. Ale to pewnie dlatego, że mam wiecznie zimne stopy i moim ideałem kapci są takie puchate, mięciutkie i najlepiej różowe. Nawet latem, niestety.

W każdym razie jest to w Danii widok powszechny. Nieraz nawet zimą. No bo przecież jak trzeba tylko wskoczyć do samochodu, podjechać i zrobić zakupy, to jest mało czasu na zmarznięcie. Można więc zrobić to w kapciach. Bo czemu nie.