Ukryty Kot

Co się nosi w Danii

4 maja , 2017  

Nie przypuszczałam, że w kraju cywilizowanym, należącym do Unii Europejskiej, ba, ZACHODNIM, nie będę miała się w co ubrać. A jednak.

Nigdy nie byłam osobą, której jakoś szczególnie zależałoby na podążaniu za modowymi trendami. Owszem, lubię się ładnie ubrać, zwłaszcza odkąd Niedźwiedź został moim osobistym stylistą i wreszcie mam zakupowego towarzysza, który potrafi rzetelnie ocenić przymierzane przeze mnie ciuchy. I przeważnie pokręcić głową z totalnym brakiem zrozumienia.

Przede wszystkim lubię się jednak ubierać wygodnie. Kocham wszelkiego rodzaju swetry, najlepiej czuję się w spodniach, choć oczywiście zdarza mi się wbić w jakąś kieckę czy spódnicę. Rzeczy, które są ładne, ale czuję się w nich nie do końca komfortowo, przeważnie wyciągam raz na rok, jak sytuacja tego wymaga. Nie uznaję znoszenia mąk na poczet dobrego wyglądu.

Nie uznaję też wydawania na ubrania nie wiadomo jakich sum. Zawsze staram się polować na promocje, okazje, likwidacje sklepów. Kiedyś latałam po lumpeksach, przez ostatnie lata nie miałam już jednak na to czasu (ani cierpliwości).

W Danii jest z tym problem. Owszem, okazje (z duńskiego tilbud) na każdym kroku, co drugi sklep w okolicy likwiduje kolekcje (i to o najprzeróżniejszych porach roku), inne w ogóle likwidują się, więc rozdają wszystko za półdarmo.

Tylko to duńskie półdarmo to dla mnie takie polskie normalnie. Co najmniej. Czy na nowe legginsy wydać 60 zł tutaj, czy za połowę kupić je w Polsce? Dla mnie odpowiedź jest jasna. Wiąże się to niestety z koniecznością czekania, nieraz po kilka miesięcy, ale udało mi się do tego przyzwyczaić – zamiast paru ciuchów częściej, mam szaleństwo zakupowe raz na jakiś czas. Koleżanki co prawda przekonują mnie, że jeszcze się nauczę kupować w Danii, że one też tak na początku miały; ale jakoś nie sądzę.

Inna sprawa, że duńskie ubrania po prostu mi się nie podobają. Ewentualnie takie powyżej 1000 koron. W naszym mieście nie ma co prawda żadnej galerii handlowej, ale jest parę sieciówek i sporo butików. To, co zdarza mi się oglądać na ich wystawach (mam na myśli zarówno wystawy okienne, jak i towar wystawiany bezpośrednio przed sklep – tutaj jest to zabieg powszechnie stosowany) w najlepszym wypadku przeszkadza mi w przejściu obok, w najgorszym odrzuca na drugą stronę ulicy.

Wszystkie te ciuchy są jakieś takie szare, nijakie, a jak już trafi się coś ładnego, to jakościowo naprawdę nie powinno aspirować do tak wysokich cen. W duńskim H&M można co najwyżej zaopatrzyć się w jakąś prostą koszulkę z serii basic, bo… po prostu nic ciekawszego w nim nie ma.

W Danii powszechne są tak zwane genbrugi – sklepy, w których po taniości można kupić różnego rodzaju używane sprzęty: od kabli, przez zabawki, obrazy, torebki i zastawy, po kanapy, komody, książki. Najprzeróżniejsze pierdoły. Czasami buszujemy po tych sklepach i parę razy nawet udało nam się znaleźć coś ciekawego (jak choćby piękne wydanie baśni Andersena, które już prawie udało mi się zmęczyć).

Ale nigdy ubrania. Ubrania, które można tam znaleźć, straszą wieloletnią historią, pozbawionymi pozorów życia kolorami i pokraczną formą. Każde z nich mogłoby spokojnie służyć jako rekwizyt do filmu grozy i lewitować po jakimś opuszczonym (ciemnym) duńskim domu, strasząc biednych turystów ze wschodu. Raz, raz jeden próbowałam coś w tej beznadziejnej mieszaninie wygrzebać. Nigdy więcej.

I to wszystko, o czym piszę, wynika chyba z tego, że w Danii ludzie nie przejmują się tym, co noszą. Tak zupełnie. Myślałam, że to ja się przejmuję raczej średnio, ale tutaj zdaje się mogłabym spokojnie zostać szafiarką.

Przede wszystkim jest tak dlatego, że pogoda tutaj jest po prostu tragiczna. Nie to, żeby było jakoś dużo zimniej niż w Polsce, ale wieje nieporównywalnie mocniej. Lato to najpiękniejszy dzień w roku, a pozostałe 364 dni ludzie przemykają od domu do domu, opatulając się wszystkim, co znajdą po drodze. Dlatego też, notabene, wszystkim się wydaje, że Duńczycy są tacy nudni i ciągle siedzą w swoich domach. Łatwo osądzać, sami spróbujcie tam wyjść.

W takich warunkach pogodowych naprawdę trudno się przejmować tym, czy wygląda się ładnie, bo nawet jeśli przed chwilą tak było, wiatr na pewno zdążył już wystylizować nas po swojemu. Co staje się ważne, to wygoda, która umożliwia wskoczenie na rower i jak najszybsze dotarcie do celu, oraz wiatroszczelność.

Bogiem a prawdą, sama przejmuję się coraz mniej. W Polsce zawsze dbałam o to, żeby wyglądać ładnie, nie chodzić z szopą na głowie i niedomalowanym okiem. W dużej mierze dlatego, że nawet po drodze do sklepu czyhało wiele par oczu, które marzyły o tym, żeby przyłapać kogoś w nieładzie i obgadać na osiedlu. Tutaj tego problemu nie ma. Nikt nikogo nie ocenia, wszyscy chodzą, w czym im wygodnie, nawet jeśli przy okazji wyglądają komicznie. Dlatego nie mam oporu przed tym, żeby wyskoczyć do sklepu w stroju „podomowym”, włosy spiąć tylko do góry, a na puder zerknąć tylko przelotnie wychodząc z łazienki.

Duńczycy mogą w laczkach, to ja mogę w legginsach.


  • Naprawdę w H&M jest tylko kolekcja Basic? Podejrzewam że w sieciówkach jest wszędzie to samo.
    Co do nie przejmowania się tym co ma się ma sobie to zaobserwowałam to też w innych krajach europejskich, ale i tak nikt w niechlujstwie ubioru nie przebije Amerykanów.

    • Nie tylko Basic, ale to jedyne, co mogę tam kupić. W całej reszcie kolekcji można ewentualnie czasem znaleźć pojedyncze rzeczy, jednak o wiele mniej, niż zdarza mi się wypatrzyć w Polsce. Wydaje mi się, że kolekcje różnią się mimo wszystko pomiędzy krajami.
      Trudno mi pojąć, że można w niechlujstwo bardziej niż Duńczycy 😉 Ale w Ameryce nigdy nie byłam, więc pozostaje mi uwierzyć na słowo.