Ukryty Kot

Pod górkę w płaskim kraju

29 maja , 2017  

Znacie na pewno to uczucie, kiedy jest wam przykro. Nie chodzi mi o to, że z jakiegoś powodu (lub zgoła bez żadnego) jesteście smutni i nic was nie może pocieszyć (poza toną czekolady i Dziennikiem Bridget Jones/kilkoma godzinami Wiedźmina). Bardziej o to, że ktoś robi lub mówi coś, co sprawia, że serduszko nas boli i nie wiemy, jak się zachować.

Jestem, nad czym ubolewam ogromnie, osobą niezwykle wrażliwą. Zwykle wymieniam to jako jedną ze swoich wad, i zwykle spotykam się z ironicznym prychnięciem, jakoby to miało być cechą jak najbardziej pozytywną.

Otóż nie. Przynajmniej niezupełnie. Moja wrażliwość objawia się tym, że potrafię się popłakać nawet na reklamach (i nie chodzi mi o reklamę Allegro, która wycisnęła łzę nawet z Niedźwiedzia), o filmach nie wspominając. Potrafię się wzruszyć patrząc na drzewa. Może brzmi to bardzo poetycko, ale zazwyczaj ludzie naokoło się ze mnie śmieją albo cmokają z irytacją (siąpanie nosem to dźwięk wyjątkowo nieromantyczny).

Przede wszystkim jednak bardzo łatwo mnie zranić i długo to pamiętam. Nie mam pretensji, nie wypominam, nie czepiam się (chyba że Niedźwiedzia), ale bardzo długo odczuwam ból. Wybaczam, ale nigdy nie zapominam.

I nie mówię tu tylko o sytuacjach związanych z osobami, z którymi łączą mnie bliskie relacje. W dużej części chodzi mi o osoby niemal lub kompletnie obce, które powiedzą dwa nic nieznaczące dla nich słowa. A ja będę pamiętać je jeszcze długo, przejmę się i nieraz o zgrozo zastosuję. Żeby przypadkiem nie usłyszeć tego znów.

W Danii ten problem początkowo nie istniał, bo Duńczycy na pierwszy rzut oka są bardzo mili. Uśmiechają się, pozdrawiają, dają prezent bez okazji, prawią komplementy. W sklepie traktują każdego jak arcyważnego klienta (odrobinę tylko mniej po odkryciu, że po duńsku mówię tak sobie). Myślałam sobie rety, jak cudownie.

Przebywanie z Duńczykami w nieco większym natężeniu prowadzi jednak do zaciemnienia różowych okularów – mają często niewybredny dowcip i mówią rzeczy prosto z mostu. Zanim poznałam męża koleżanki ostrzegała mnie, że jest bardzo bezpośredni. Machnęłam wtedy ręką, ale z perspektywy czasu jestem jej wdzięczna. Gdybym nie wiedziała, pewnie potraktowałabym wszystkie jego słowa dużo poważniej.

Duńczycy również nie ukrywają, że jako nie-Duńczyk jesteś dla nich człowiekiem przynajmniej nieco niższej kategorii. Nie żeby od razu nie chcieli mieć z tobą nic wspólnego, ale można wyczuć pewien dystans. Niektóre tematy stają się trudniejsze, bo jako imigrantowi zawsze jest ci tutaj trudniej, zawsze zarabiasz nieco mniej, zawsze jesteś kimś z zewnątrz. To potrafi odrobinę zakłuć, ale nie jakoś przesadnie mocno.

Przede wszystkim zabolało mnie traktowanie, z jakim spotkałam się ostatnio. Dowiedziałam się, że aby móc pracować w szkole publicznej, moje dokumenty muszą zostać zweryfikowane. Poczułam się odrobinę zawiedziona, że dowiedziałam się tego przypadkiem (od nauczycielki podczas egzaminu), a nie od kobiety, która teoretycznie ma za zadanie pomagać imigrantom, i z którą rozmawiałam kilka miesięcy temu, jeszcze przed przystąpieniem do szkoły. Teraz musiałam udać się do niej właśnie i zapytać, co muszę zrobić.

Nie chodzi mi o to, że mi nie pomogła, była niemiła, czy cokolwiek w tym stylu. Wręcz przeciwnie, była miła i wyjaśniła mi wszystko bardzo powoli, tak, żebym zrozumiała (i nie obraziła się, kiedy jedno z pytań zadałam po angielsku). Bardziej chodzi mi o jej podejście.

Ponieważ kiedy przyszłam do niej po raz kolejny, już z kompletem potrzebnych dokumentów i wypełnionym formularzem zaczęła strasznie kręcić nosem. Że jak to, że uczę tylko angielskiego, nikt mnie nie zatrudni, bo w Danii każdy nauczyciel uczy dwóch przedmiotów. Że z dziećmi się przecież nie dogadam. Że mają dużo nauczycieli angielskiego (w co nie do końca wierzę, bo wiem o przynajmniej jednej szkole w okolicy, że im nauczycieli brakuje). Że w ogóle to nie, nie. No ale wyślijmy spróbujmy.

I nie chodzi mi nawet do końca o to, co mówiła, bo pewnie miała, przynajmniej częściowo, rację, tylko o sposób, w jaki mnie zniechęcała nawet do samego szukania pracy, do próbowania. Widziałam wyraźnie, że najchętniej wysłałaby mnie do sprzątania. I było mi niesamowicie przykro. Nie miało znaczenia, że skończyłam studia magisterskie z filologii, co przekracza wykształcenie znacznej części nauczycieli w okolicy. Nie miało znaczenia, że umiem i lubię uczyć, czego nie można przecież powiedzieć o każdym nauczycielu. Miało znaczenie tylko to, że nie jestem Dunką.

Bo tak to właśnie tutaj wygląda – nie wierzyłam, ale to prawda. Czytałam kiedyś list Polki w Danii, w którym opowiadała, że w podręcznikach do nauki pojawia się słownictwo, nawiązujące do zawodów osoby sprzątającej, kelnerki, kierowcy itd. Nie zgadzałam się z tym, bo nie dostrzegłam takiej tendencji w swoich podręcznikach. Ale teraz widzę, że w tych moich autorzy byli po prostu sprytniejsi. Nie mówili nic wprost, ale przedstawiali historie imigrantów, którzy pracują w takich właśnie zawodach – przeważnie fizycznych, wszystkich tych, do których Duńczycy są za dobrzy. I jak bardzo się z takiej pracy cieszą.

I nawet moją koleżankę, która jest lekarzem i przyjechała tutaj, bo brakowało im pediatrów, traktują z góry. To nic, że jest potrzebnym specjalistą. Opłacają jej intensywny kurs w szkole, płacą wynagrodzenie, jednocześnie marudząc, że jeszcze nie mówi płynnie po duńsku. No shit Sherlock. Chciałabym zobaczyć, jak oni uczą się kompletnie obcego języka w 3 miesiące.

No i właśnie. Dlatego jest mi przykro.