Ukryty Kot

Ach ten Berlin

5 Cze , 2017  

To był mój pierwszy raz. Pierwszy raz w życiu doświadczyłam takiego uczucia. Aż mi się zakręciło w głowie i na chwilę straciłam świadomość.

Bo oto przyjechaliśmy, my, dwoje Polaków prosto z duńskiej prowincji, do wielkiego miasta. Berlin! Piąte miasto w Europie pod względem wielkości, ogromna metropolia, mnóstwo sklepów, turystów, muzeów, samochodów, żuli… Jednym słowem wszystkiego! Jakbyśmy nagle odkryli zupełnie nowy świat.

Niektórzy pewnie znają to uczucie, gdy człowiek ze wsi lub małego miasta przyjeżdża pewnego dnia do stolicy. W Polsce mieszkaliśmy oboje w dużym mieście, ale prawdę mówiąc tak bardzo wsiąkliśmy już w nasze małe duńskie miasteczko, że gdzie nie pojedziemy, to jest wow. Ale w Berlinie było większe.

Choć nie mogę powiedzieć, że jestem jakąś fanką Niemiec, bo kraj ten przypomina mi o mojej największej w życiu porażce (6 lat nauki języka i kupując bilety byłam w stanie wydusić jedynie bardzo nieśmiałe „zwei…”), do Berlina mam pewien sentyment. Po pierwsze, zawsze przez niego jechałam do Niedźwiedzia. Po drugie, Niedźwiedź był ze swoim przyjacielem w Berlinie w pamiętnego Sylwestra, kiedy to nagle postanowili jednak wrócić do Polski i wpaść na imprezę, na której się poznaliśmy.

Dopiero teraz miałam jednak po raz pierwszy okazję zobaczyć coś więcej, niż tylko dworzec autobusowy, i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Berlin jest piękny. Może nie aż tak piękny, jak Praga, ale duży, barwny i pełen życia. Mieliśmy jednak tylko kilka dni na obejrzenie go, więc zamiast łazić po muzeach postanowiliśmy raczej spróbować go doświadczyć.

Chodziliśmy więc po mostach, parkach, zjedliśmy berlińskiego kebaba (!!! żadnego innego już nie chcę), obejrzeliśmy oczywiście wszystkie kluczowe miejsca, o których za małą chwilę. Niedźwiedzia interesowała głównie strona architektoniczna miasta, mnie, jak to mnie, najbardziej ucieszyły kicające po trawie króliki. Co nie znaczy, że cała reszta mi się nie podobała, wręcz przeciwnie!

Mały ranking tego, co mnie w Berlinie urzekło:

1. Króliki

Wcale nie żartowałam. Od naszych gospodarzy dowiedzieliśmy się, że w Berlinie jest ich pełno; my napotkaliśmy je tylko w parku. Prawie w ogóle się nie bały! I były przesłodkie. Goniły kosy i skubały trawę – nic tylko kochać.

2. Pomnik ofiar Holocaustu

Tak naprawdę trzeba tam pójść, żeby zrozumieć. Pomnik zajmuje bardzo dużą powierzchnię i składa się z 2711 betonowych bloków. Autor projektu nie chciał podobno mówić o tym, co dokładnie ma on symbolizować. Skojarzenia są jednak raczej oczywiste – bloki przypominają nagrobki, bezimienne, bo wielu ludzi umierało w zapomnieniu. Są takie same, a jednak różnią się wysokością czy nachyleniem – tak jak ludzie w obozach byli pozbawieni swojej tożsamości, a jednak każdy z nich był przecież indywidualną jednostką. Wejście pomiędzy bloki przyprawia o lekki zawrót głowy i napływ łez do oczu. W miarę jak idziemy, bloki są coraz wyższe i coraz bardziej nas przytłaczają.

Nie wiem tylko, jak można pozwalać dzieciom po nich skakać.

3. Fragmenty Muru Berlińskiego

Dla mnie chyba najbardziej wyczekiwany punkt programu. Najpierw obejrzeliśmy odrapany fragment muru z dziurą pośrodku, by drugiego dnia odnaleźć ten piękniejszy, ozdobiony przeróżnymi graffiti – East Side Gallery.

Trudno jakoś teraz uwierzyć, że ten mur naprawdę stał, że ludzie mogli zostać tak odgrodzeni od swojej rodziny, przyjaciół, pracy, bez żadnej możliwości wydostania się. Podobno jednak niektórym taki stan rzeczy bardzo odpowiadał. Komunizm zapewniał im wszystko, czego potrzebowali, ustalony porządek nie wymagał od nich specjalnych starań, wysiłku. I można czasem spotkać Niemca, który powie, że za tym tęskni.

Najbardziej spodobała mi się historia gościa, który obniżył zawieszenie swojego samochodu, obciął dach ze słupkami, po czym razem ze swoją rodziną położył się na płasko na podłodze pojazdu, wcisnął gaz do dechy i po prostu przejechał pod szlabanem. Proste!

4. Wieża telewizyjna

Nie mogłam się doczekać, aż ją wreszcie zobaczę, bo za każdą wizytą na dworcu w Berlinie oglądaliśmy mniejszą wieżę radiową i słuchałam opowieści Niedźwiedzia, jaka telewizyjna jest bardziej super. Zanim drugiego dnia podeszliśmy bezpośrednio pod nią, Niedźwiedź napstrykał mnóstwo zdjęć z każdego miejsca, z którego było ją widać z daleka. Musiałam więc spotkać się wreszcie z tą jego architektoniczną miłością.

5. Sony Center

Ulubione odkrycie Niedźwiedzia – kompleks budynków wzniesionych przez firmę Sony. Imponująca architektura w samym środku miasta, z elementami zieleni i bardzo klimatycznym kinem na placu wewnątrz (Robert Downey Jr tam był! Chodziłam po tym samym chodniku!). Zresztą, na architekturze się nie znam, więc się profesjonalnie nie wypowiem, obejrzyjcie sami.

6. Brama Brandenburska

Przepiękna, majestatyczna brama, najczęstszy motyw pocztówek i magnesów na lodówkę. Liczba turystów zgromadzonych na placu potrafi jednak mocno przytłoczyć. Trudno uwierzyć, że gdy powstał Mur Berliński zwyczajni ludzie nie mieli tutaj w ogóle wstępu. Teraz jest to chyba pierwszy obowiązkowy punkt dla wszystkich zwiedzających Berlin. I naprawdę warto podejść bliżej i poczuć się takim kompletnie malutkim zwyczajnym człowieczkiem wobec jej rozmiarów i piękna.

 

Przede wszystkim spędziliśmy jednak bardzo miło czas. Nie jestem fanką japońskiego stylu zwiedzania – obejrzeć każde muzeum, zrobić wszystkiemu zdjęcia, byle szybko, byle zdążyć i jeszcze koniecznie kupić pamiątki. Z przewodnikiem w ręku, żeby przypadkiem nie ominąć jakiejś rzeźby. Oczywiście, zawsze chcę zobaczyć pewne zabytki i interesuje mnie, co w danym mieście warto zobaczyć, przede wszystkim jednak w nowym miejscu lubię spędzać czas. Popatrzeć na ludzi, popatrzeć na miasto – jako całość, a nie powierzchnię wypełnioną punktami, do których koniecznie muszą dotrzeć.

I to nam się w Berlinie idealnie udało. Oczywiście, nie bez ogromnego wkładu ze strony naszych przecudownych gospodarzy!