Ukryty Kot

Co, oprócz narkotyków, znajdziemy w Christianii

19 Cze , 2017  

Christiania, jeśli już w ogóle komuś się z czymś kojarzy, to z narkotykami właśnie. O, tam to można kupić jointa! Ileż osób jeździ do Kopenhagi właśnie po to, żeby się w Christianii zaopatrzyć. Warto jednak wiedzieć, że znajdziemy tam nieco więcej, niż nielegalne w Danii używki.

Podczas pierwszej wizyty w Kopenhadze byłam ogólnie dość mocno podekscytowana. Duże, obce miasto, tyle rzeczy do zobaczenia (przede wszystkim mocno rozczarowująca Syrenka), miliard kilometrów do przedreptania. Nigdy wcześniej o Christianii nie słyszałam, a gdy się do niej zbliżyliśmy, Niedźwiedź zaczął mnie straszyć, że weź plecak do przodu, że się nie gap na ludzi, że nie wyglądaj na spiętą. Można łatwo odgadnąć, że się oczywiście gapiłam i spinałam.

Cały ten konspiracyjny nastrój potęgują tabliczki, które zobaczymy przed wejściem do Christianii, informujące nas o kompletnym zakazie robienia zdjęć. Już od razu czuć ten dreszczyk. Ja to nawet chciałam zawrócić i odpuścić sobie ten punkt programu. Ale odwrócenie się na pięcie i ucieczka byłyby zbyt podejrzane…

Czym w ogóle jest Christiania? Żeby to zrozumieć, chociaż trochę, trzeba się cofnąć w czasie. Będzie skrótowo, bo nie chcę przynudzać historią.

Zaczęło się latem, 1971 roku. W wielu dużych miastach Europy odbywały się wówczas protesty – przeciwko wojnie, kapitalizmowi itd. W Kopenhadze część przedstawicieli ruchu hippisowskiego, młodzi ludzie, których nie było stać na mieszkania w drogiej stolicy, zajęła opuszczone budynki militarne. Ogłosili się wolnym miastem i przystąpili do organizowania sobie życia.

Szybko jednak do Christianii zaczęli napływać także nieciekawi ludzie, a przede wszystkim rozwinął się właśnie handel narkotykami. Tymi miększymi, to jedno, jednak znaleźli się również i amatorzy heroiny.

Na przestrzeni lat Dania próbowała narzucać Christianii różne zakazy i nakazy, udawało się to jednak tylko częściowo. Stosunkowo szybko pojawił się zakaz handlu ciężkimi narkotykami, na terenie Christianii nie wolno również sprzedawać alkoholu bez koncesji. Największym problemem był hasz, którego, pomimo zakazów, nie dało się usunąć z ulic Christianii przez bardzo długi czas. Nie dlatego, że nie próbowano. Problem był taki, że funkcjonariusze często gęsto po prostu bali się tam wchodzić. Handel w wojskowych namiotach kamuflujących rozpoczął się, gdy władze wystosowały apel, aby nie sprzedawano narkotyków w tak jawny sposób. Dwa lata temu można było jeszcze bez problemu zrobić zapasy, rok temu główny plac wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan – zostały pojedyncze, nieoczywiste stoiska. Podobno teraz już nie sposób się tam zaopatrzyć. Co bynajmniej nie oznacza, że nie warto odwiedzić!

Christiania swój niewątpliwy urok zawdzięcza przede wszystkim temu, że jest pięknym, zielonym kawałkiem świata w samym sercu totalnie zurbanizowanej przestrzeni. Wchodząc możemy się poczuć trochę jakbyśmy weszli w portal, który wyrzuca nas w zupełnie innym miejscu. Otacza nas żywa, soczysta przyroda (może trochę mniej soczysta zimą), a jeśli przyjrzymy się ludziom, i nie tym, którzy się tam przemykają pod wiatą, tylko tym, którzy naprawdę tam mieszkają, zobaczymy model społeczeństwa diametralnie różniący się od tego, który znamy.

W Christianii obowiązują mieszkańców ich własne zasady: nie mogą posiadać broni, samochodów, ciężkich narkotyków, nie wolno również kraść. Architektura Christianii może wzbudzać podziw lub skłaniać do refleksji, jak w tym w ogóle można mieszkać. Domy są budowane przez mieszkańców, co bynajmniej nie oznacza, że stanowią ich własność. Po wyprowadzce bowiem należy wpuścić do środka następnych lokatorów.

Christiańczycy płacą podatki, które umożliwiają im korzystanie z przedszkoli, szkoły, opieki medycznej itd. Każdy płaci również za wynajem lokum, i – co uważam za dość osobliwe – każda osoba płaci tyle samo. Czyli małżeństwo płaci więcej, niż singiel, nawet jeśli mieszkają w malutkim squacie. No ale ok, komunizm nigdy nie był pozbawiony absurdów.

Ciepło mi się robi na serduchu, gdy pomyślę o tej garstce ludzi, którzy w środku nowoczesnej stolicy znaleźli swój mały zielony raj. Którzy bez względu na wiek, stan ubrania, swoje nałogi i słabości, zasiadają wspólnie przy jednym stole. Których dzieci bawią się bezpiecznie bez nadzoru dorosłych, nie znając uprzedzeń, ani najnowszego iPoda. Którzy żyją sobie spokojnie, bez pośpiechu, w zgodzie z duchem hygge (no, może bez tych wszystkich hygge-gadżetów).

Czy chciałabym mieszkać pośród takiej osobliwej społeczności – nie sądzę. Konsumpcjonizm już za bardzo wszedł mi w krew. Zresztą, nie ma się nad czym zastanawiać, bo zamieszkanie tam jest w tej chwili praktycznie niemożliwe. Ale popatrzeć można.