Ukryty Kot

Sankt Hans – duńskie przywitanie lata

26 Cze , 2017  

Zaczęło się lato. Pora roku, która już zawsze kojarzyć się będzie z wakacjami, nawet wtedy, kiedy zamiast na plaży spędzamy je w pracy. Chyba że w Danii. W Danii to po prostu najpiękniejszy dzień w roku.

W tym roku zaczęło się bardzo typowo. Deszczem, burzą, psującym włosy wiatrem. Odrobiną szyderczego słońca, które zdaje się krzyczeć: No o co wam chodzi, przecież jestem, nie?!, spoza tej wielkiej chmury w kolorze popiołu.

Ale był jeden element, który miał mi to wszystko wynagrodzić – z okazji obchodów dnia Świętego Jana w naszym mieście miało się coś wreszcie dziać! Muszę przyznać, że nawet nie byle co. Bo wiecie, tutaj nigdy nic się nie dzieje, więc nawet mała rzecz urasta do rangi wielkiego wydarzenia. Ale to miało być naprawdę COŚ.

Zaczęło się od tego, że na ulice wypłynęły fale młodych ludzi w marynarskich czapkach ze wstążkami. Najpierw myśleliśmy, że będą się na statek zaciągać, okazało się jednak, że to absolwenci gimnazjum – duńskiego odpowiednika polskiego liceum. Kolor wstążki odpowiada profilowi ukończonej szkoły: ogólna, techniczna, czy też biznesowa. Tak łazili dumnie po ulicach miasta, ciesząc się nadchodzącymi wakacjami, wolnością, studiami (he, he, jeszcze nie wiedzą, że będą tęsknić do szkoły).

W piątek, 23. czerwca, odbywała się natomiast wigilia Świętego Jana – po duńsku Sankt Hans Aften. W ten sposób Duńczycy tradycyjnie witają lato, balują do rana, oglądają wschód słońca. Tego dnia akurat, ponieważ, według chrześcijańskiej tradycji 24. czerwca urodził się Jan Chrzciciel – 6 miesięcy przed Jezusem. Chociaż warto zauważyć, że pierwotny charakter tego dnia wywodził się wprost z pogaństwa – ale to nie jest przecież nic nowego.

Tradycyjnie 23. czerwca wieczorem, najlepiej, kiedy już zacznie się ściemniać, żeby efekt był lepszy, podpala się wielkie stosy drewna, w których obecnie często umieszcza się również fajerwerki – tak więc efekt po odpaleniu wyobrażam sobie trochę tak, jak w jednej z początkowych scen Władcy Pierścieni. W niektórych miastach, położonych nad morzem, takie stosy umieszcza się na wodzie. Rok temu z naszym mieście (podobno, ponieważ oboje byliśmy wówczas niestety w Polsce) taki właśnie pływający stos odpalono, wystrzeliwując w niego zapaloną strzałę. Jakby to powiedział Niedźwiedź: sztos!

Mało tego jednak, na tych płonących stosach zajmują się ogniem nie tylko drewno i fajerwerki. Żeby udowodnić już tak ostatecznie, że to święto z chrześcijaństwem łączy się tylko nazwą, na szczycie stosu trzeba spopielić czarownicę. Obecnie, oczywiście, tylko jej podobiznę, wykonaną, w różnych proporcjach, z papieru, drewna i słomy. Jest to jednak symbol, nawiązujący do dawnych czasów, kiedy to na stosach umierały prawdziwe kobiety z krwi i kości, posądzane o magię i konszachty z diabłem. Ciekawostka: ostatnia taka czarownica w Danii spłonęła na wyspie Falster (to u nas!).

Gdybyście zapomnieli jak rozpoznać wiedźmę, to wyczerpującej odpowiedzi udzieli wam Monty Python.

A dlaczego akurat tego dnia palą wiedźmy? Dawniej wierzono, że właśnie w czasie przesilenia letniego złe moce są silniejsze, czarownice odprawiają swoje rytuały i kontaktują się z szatanem. Palono je więc, żeby tego nie robiły. Myślę, że wszyscy możemy się zgodzić, że spalenie problemu eliminuje go całkowicie. Podobne mistyczne skojarzenia łączą się z tym dniem również w innych krajach europejskich (w Polsce – Sobótka lub Noc Kupały też kojarzy nam się z różnego rodzaju wróżbami i pogańskimi zwyczajami). Nieważne jak bardzo chrześcijaństwo próbuje to wykorzenić, te nawiązania wciąż pozostają w kulturze obecne.

No dobra, to jeszcze parę słów wyjaśnienia, dlaczego „miało się dziać”, „miało być”…? Okazało się, że plakat, którym się kierowaliśmy, któremu uwierzyliśmy, o którym opowiedziałam koleżance, która nie ma fejsbuka i nie miałam jak tego odwołać – dotyczył zeszłorocznej imprezy. Tak po prostu. Daliśmy się oszukać. Poszliśmy, a nie działo się zupełnie nic. Nie licząc może małego koncertu jazzowego na głównym rynku, którego jedyną publicznością była najbardziej dojrzała część populacji miasta.

Najbliższa Sankt Hansowa impreza odbywała się raptem 7 kilometrów od nas, jednak pogoda wykluczała wycieczkę rowerową, a znajomi nie dali się namówić na podróż samochodem. Tak więc skończyliśmy u nich z piwem i chipsami – tak prawdziwie po polsku.

Za rok się musi udać!


  • Finolubna

    Hihi ale przygoda 🙂 Trzymam kciuki, żeby następnym razem udało się przywitać lato jak należy 🙂