Ukryty Kot

Jeden dzień w średniowiecznej wiosce

8 Sie , 2017  

Jak można wybrać się w podróż w czasie, poczuć jak Sansa Stark śledząca z zapartym tchem turniej rycerski, albo jak król, ku którego chwale walczą rycerze w lśniących zbrojach? 

Jest na to jeden sprawdzony sposób. Wystarczy udać się do pobliskiego Centrum Średniowiecza. Nam się poszczęściło, bo najbliższe (przy okazji największe w Danii) jest położone w odległości przyjemnej wycieczki rowerowej. Po wielu tygodniach oczekiwania na w miarę ładny weekend, udało nam się wreszcie wykorzystać bilety i spędzić pół dnia w średniowiecznej wiosce.

Duńczycy jak już coś robią, to starają się, żeby było porządne – nawet jeśli nie jest specjalnie okazałe. Baliśmy się, że w taki zwykły dzień, kiedy w centrum nie odbywa się akurat żadna impreza, będzie trochę nudno. Postanowiliśmy jednak zaryzykować – i wcale nie pożałowaliśmy tej decyzji.

Zacznijmy od tego, że w wiosce żyją ludzie. Tacy zupełnie zwyczajni, oprócz tego, że noszą średniowieczne ubrania, chodzą boso, zajmują się gotowaniem średniowiecznych potraw, farbowaniem tkanin, wyprawianiem skór, kuciem w żelazie i innymi, temu podobnymi, czynnościami. Moja koleżanka twierdzi, że ci ludzie żyją tam w pełnym wymiarze godzin – tj. również śpią i funkcjonują bez dostępu do bieżącej wody. Nie jestem pewna, czy to prawda, chociaż za tą teorią przemawiałoby ich zachowanie oraz fakt, że centrum jest zamknięte przez zimniejszą część roku.

W wiosce obowiązuje stały rozkład dnia, według którego możemy brać udział w przeróżnych aktywnościach. Jedną z nich jest strzelanie z łuku – mamy możliwość posłania kilku strzał w stronę słomianych przeciwników albo tarcz. W zabawie mogą wziąć udział zarówno dorośli, jak i dzieci, ponieważ do dyspozycji pozostają dwa różne rodzaje łuków. Kolejną atrakcją jest pokaz wystrzałów z trebuszów i armat. Naprawdę z nich strzelają! A zwykli śmiertelnicy mogą pomóc w naciąganiu lin. Kule trafiają do morza, więc nic nikomu się nie dzieje (nie gwarantuję, że to samo dotyczy morskich stworzeń). Wrażliwcom polecam jednak zatkanie uszu. Można podskoczyć.

Wydarzeniem, na które czekałam z największym utęsknieniem, był turniej rycerski. I nie zawiodłam się! (no dobra, troszeczkę miałam nadzieję, że ktoś spadnie z konia). Walczyli ze sobą dwaj rycerze – reprezentant Danii i Szwecji. Brali po kolei udział w przeróżnych konkurencjach – trafianiu kopią w tarcze, zbieraniu kółek mieczem, strącanie cebuli z pali, czy też nadziewanie wiernych kopii ludzkich części ciała – a na koniec stanęli ze sobą oko w oko, zdobywając punkty za trafienie w przeciwnika. Najbardziej podobało mi się to, jak żywo reagowała publiczność. Na trybunach siedziało sporo obcokrajowców, w tym także turyści ze Szwecji, więc obaj rycerze mieli wierne grono kibiców. Co ciekawe, obaj również zdobyli jednakową ilość punktów. O zwycięstwie zdecydowały dwie wybrane przez mistrza ceremonii niewiasty, które miały do rozdysponowania dodatkowe punkty. I tak o to zwyciężyła Dania.

Generalnie w przebiegu wszystkich tych aktywności prowadzący posługują się językiem duński, jednak najważniejsze informacje przekazywane są również po angielsku. Większość, jeśli nie wszyscy ludzie, których spotkamy na terenie wioski, posługują się tym językiem, tak więc można bez większych problemów uzyskać odpowiedzi na nurtujące pytania, czy też wskazówki odnośnie, chociażby, posługiwania się łukiem.

Oprócz tego, naturalnie, mamy możliwość zwiedzania wioski, wchodzenia do domów, podziwiania ich wyposażenia. Nikt nie będzie stał wam nad głową i zabraniał robienia zdjęć czy nawet dotykania. Niektóre z przedmiotów są dopiero w trakcie wykonywania – jak haftowane obrazki czy tkane materiały. Oprócz tego w każdym domu znajdują się stylizowane na średniowieczne meble i przedmioty codziennego użytku. U kowala można przymierzyć hełm czy też sprawdzić, jak leży w dłoni miecz (prawie jak prawdziwy, tylko stępiony). Za chatkami napotkamy urządzenia, dzięki którym dawniej sprawnie wykonywano nawet bardzo grube liny (i możemy powzdychać z tęsknotą do prawdziwego sznurka, którego szukałam ostatnio po wszystkich sklepach). Przy pomoście unosi się kilka łódek; od czasu do czasu, przy okazji większych imprez, odbywają się na nich rejsy. Poza tym wszystkim, po wiosce chodzą kury, kogut i gęsi, jest więc niezwykle swojsko.

Na koniec zostawiłam to, co spodobało mi się najbardziej. Za wioską możemy wkroczyć do lasu i, przy odrobinie dobrych chęci, udać się w magiczną podróż po krainie elfów, zgnilców, wilkołaków, krasnoludków i strasznych dzików, którymi niegdyś straszono dzieci. Po drodze napotkamy masę tabliczek z opisami i wizerunkami stworzeń. Tu i ówdzie również bardziej przekonujące rekwizyty – np. kamienna ropucha. Z ropuchą chodziło o to, że gdybyśmy napotkali odpowiednio dużą, należało ją umieścić na czerwonej szmatce, pozbawić głowy i z jej wnętrza wyjąć idealnie okrągły kamień, który to miał gwarantować jakieś różne dobroci. Niepokojącego klimatu dopełnia obecność jak najbardziej żywych potworów – wygłodniałych komarów. Po drodze natknęliśmy się również na podwójne drzewo, pomiędzy którego dwoma pniami trzeba przejść (na szczęście drabina była już zorganizowana), aby wyleczyć chorobę tudzież zapewnić sobie dobre zdrowie. Do tego należy jeszcze odmówić 3 zdrowaśki. Na tablicy znajduje się tekst duńskiej modlitwy, ale wymamrotałam ją jednak po polsku i nie trafił mnie grom nawet pomimo tego, że jestem niewierząca. Także chyba zadziałało.

W lesie jest również coś, co spodoba się przede wszystkim dzieciom (i Niedźwiedziom) – średniowieczny park technologiczny. Tam mamy możliwość obejrzenia, a nawet wypróbowania urządzeń, jakich dawniej używano m. in. do podnoszenia ciężkich przedmiotów, nabierania wody, wciągania ludzi na większe wysokości. Niestety, niektóre z nich chyba nie działały (albo robiliśmy coś bardzo źle). Najwięcej radości przyniosła nam śruba Archimedesa – mnie, bo nie byłam w stanie zrozumieć, jak to możliwe, Niedźwiedziowi, bo był pewien, że chodziło o Arystotelesa. Człowiek się uczy całe życie.

Gdy już zmęczy nas oglądanie, atrakcje dobiegną końca, albo zacznie się zbliżać 15, o której to godzinie zamykają kuchnię, można udać się do restauracji i skosztować tamtejszego jedzenia. Dostępne dania stylizowane są na potrawy, które spożywano w Danii w tamtej epoce. Od razu ostrzegam, że wybór jest niewielki (z dań obiadowych – trzy różne), ale zapewne właśnie tak to wówczas wyglądało.

Po 17 centrum się zamyka, a nam nie pozostaje nic innego, jak wrócić do świata, gdzie woda na szczęście sama leci po odkręceniu kurka, a wieczorny półmrok rozświetlają żarówki. Szkoda tylko, że w domu nie postrzelamy sobie z łuku.