Ukryty Kot

W sklepie u Gbura

17 Sie , 2017  

Wam też się zdarza zrobić pokaźne zakupy, kupić dosłownie wszystkie potrzebne produkty na kilka następnych dni, po czym w domu zorientować się, że zapomnieliście o najważniejszym składniku obiadu?

Nam się zdarza dość często. Nie pomagają karteczki, ani powtarzanie sobie nawzajem po kilkanaście razy „tylko pamiętaj, że musimy kupić majonez”. Po sklepie zresztą też często miotamy się tam i z powrotem, zamiast przeprowadzić zakupy w sposób zorganizowany, od wejścia do kasy. Co zrobić. Ja nie o tym.

Kiedy już uświadomimy sobie, że plama, no nie ma, nie wyczarujemy, ani nie zastąpimy, pozostaje zawsze wyjście awaryjne. Wcale nie musimy lecieć z powrotem do marketu (i często nawet przekonać się, że i tak tego nie mają, więc trzeba migusiem do następnego). Zawsze gdzieś w pobliżu, a w naszym przypadku dosłownie trzy kroki od domu, znajduje się sklep prowadzony przez jakiegoś miłego pana z Bliskiego Wschodu.

Miłego, chociaż często mówimy, że idziemy „do Gbura”. Tak się utarło, ponieważ w sklepie, do którego Niedźwiedź latał za czasów studenckich, obsługiwał na pierwszy rzut oka niezbyt sympatyczny pan. W ogóle, wydaje mi się, że osoba wchodząca do takiego sklepu po raz pierwszy może odnieść wrażenie, że sprzedawca łypie na nią spode łba. Wystarczy jednak zaglądać regularnie, a za każdym razem, jak się pojawimy przywita nas radosne „Hello, my friend!”. I rabacik.

Takie sklepy są na każdym rogu. Otwarte w niedzielę, kiedy prawie wszystko jest zamknięte, i otwarte we wtorek wieczorem, kiedy nagle przyciśnie nas nieopanowana ochota na żelki. Ostatnia deska ratunku, gdy czegoś zapomnimy, ale także miejsce codziennych zakupów.

Bo co można dostać w takim sklepie u Gbura? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że wszystko, i równie mocno, gdybym zasugerowała, że taniej. Ale bardzo często są to produkty ciekawsze i lepszej jakości. Np. jajka. Jajka to było chyba nasze największe odkrycie. Wcześniej kupowaliśmy je w Netto – średnio ładne, średnio smaczne, w średniej cenie. Każda jajecznica to było wielkie niedźwiedziowe rozczarowanie. Aż serce pękało. Do czasu, kiedy dostrzegliśmy jajka u naszego Gbura! Tańsze, równie duże i z żółtkami odpowiednio żółtymi. Od pewnego czasu kupujemy je w dodatku 10 koron taniej, niż inni.

Można więc kupić jajka, świeże owoce i warzywa, często ładniejsze niż w markecie, choć trzeba uważnie oglądać – bywało tak, że jedyny dostępny czosnek przypominał raczej zrozpaczone wspomnienie o nim. Najróżniejsze przyprawy, nieznane większym sklepom, a niezbędne naszym podniebieniom. Szeroka gama sosów, makaronów, kasz, soczewic i placków do tortilli. Słodycze z Polski, soki z Hiszpanii, nawet mrożone ryby, chociaż na nie nigdy się nie odważyliśmy. Mnóstwo dobroci i różności. Nawet jeśli przychodzimy po jedną rzecz, Niedźwiedź musi zawsze obejrzeć, co nowego na półkach, a nawet ja, gorąca przeciwniczka łażenia po sklepach (innych niż drogerie i księgarnie) coraz częściej mu towarzyszę.

Z naszym ulubionym Gburem rozmawiamy po polsku – studiował w Polsce i mówi płynnie w naszym języku. Tylko czasem Niedźwiedź musi coś powtórzyć głośniej i nieco wolniej. Zawsze dostajemy u niego zniżkę, kupując jedną główkę czosnku nie musieliśmy nawet sięgać po portfel. Zawsze zapyta co słychać, opowie, co w sklepie, kiedy będą świeże jajka. Wytłumaczy, do czego można używać to i tamto, czego nigdy wcześniej na oczy nie widzieliśmy.

Są rzeczy, które kupujemy tylko u niego, bo albo nie sposób ich dostać nigdzie indziej, albo są po prostu tańsze lub lepszej jakości. Bez takich sklepów nasza kuchnia byłaby gorzej zaopatrzona, a obiady mniej smaczne. I zdecydowanie mniej przyjemnie chodziłoby się na zakupy.