Ukryty Kot

Różowe kościoły

7 Wrz , 2017  

Jadąc do Danii, nie miałam zbyt wielkiego pojęcia o panującym tutaj wyznaniu. No bo skoro Europa, to katolicyzm chyba, nie…?

Muszę przyznać, choć nie przychodzi mi to łatwo, że to był jeden z większych szoków, jakie tutaj przeżyłam. Fakt, nigdy wcześniej jakoś się nad tym nie zastanawiałam, skąd więc miałam o tym wiedzieć? Dzięki „Wikingom” świadoma byłam, że niestety, Odyn i jego synowie dawno temu już odeszli do lamusa, zastąpieni przez chrześcijaństwo, a jedyne pozostałości po dawnych bogach odnajdujemy w imionach i nazwach ulic. Nawet już po zamieszkaniu w Danii, jako osoba raczej niebywająca w kościołach, nadal nie miałam pojęcia, że z tym chrześcijaństwem coś jest tutaj inaczej, niż w Polsce. Zaczęłam coś podejrzewać, gdy czytając szwedzki kryminał natknęłam się na ustęp, traktujący o żonie księdza. Coś mi wtedy zaczęło ostrzegawczo dzwonić i postanowiłam to sprawdzić.

I faktycznie. Okazało się, że religią państwową Danii jest luteranizm. Szok i niedowierzanie, a zaraz potem wygrzebywanie z pamięci lekcji historii, poświęconych odłamom chrześcijaństwa. Z czym to się jadło, o co tam chodziło…?

Jeśli, tak jak jeszcze do niedawna ja, też średnio na jeża kojarzycie, o co w luteranizmie chodzi, spieszę z krótkim streszczeniem. Na samym wstępie należy podkreślić nadrzędne znaczenie Biblii, jako głównego źródła objawienia. Luteranie za głowę kościoła uważają Jezusa, zupełnie odrzucając papieża, a jedyne uznawane przez nich sakramenty to chrzest i komunia. Wierzą, że drogą do zbawienia jest indywidualny akt wiary człowieka. Wykluczają kult świętych, nie mogą nawet modlić się do Matki Boskiej, cześć należna jest wyłącznie Bogu. W nabożeństwach ważne miejsce zajmuje muzyka, zawsze obecna podczas mszy. A, no i oczywiście, księży nie obowiązuje celibat.

Mam nadzieję, że nie pominęłam żadnej istotnej informacji, zmierzam jednak do czego innego: pomijając już brak celibatu, który osobiście uważam za pomysł od początku do końca pomylony, Dania jest religijnie o wiele bardziej liberalna, niż Polska. Tak, wiem, że teraz to nietrudne. Niemniej jednak, wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że można inaczej i bardziej po ludzku.

Duńczycy, chociaż w większości luteranie, w gruncie rzeczy nie należą do szczególnie zagorzałych. Raczej nie biegają co niedzielę do kościoła, w ich domach nie ma religijnych obrazów. Nie obnoszą się też ze swoją wiarą, ponieważ uważają, że jest to prywatna sprawa każdego z nas. Spora część z nich zresztą deklaruje ateizm. Jednym słowem – nikomu nic do tego, w co wierzy sąsiad, a nawet członek rodziny.

Kiedy wypełniałam masę dokumentów, starając się o duński odpowiednik numeru PESEL i ubezpieczenie zdrowotne, zostałam w ankiecie zapytana o swoją wiarę. Najpierw się zdziwiłam, ale jednak stał za tym konkretny powód – w Danii trzeba płacić specjalny podatek na kościół, do którego się przynależy. Jakże się ucieszyłam, gdy moje przekonania mogły stanąć ramię w ramię z wewnętrzną oszczędnością! Wiem jednak, że trzeba uważać – podobno zdarza się, że odpowiednie pismo trafia do kościoła w Polsce i można mieć później problem na przykład ze ślubem kościelnym. Lepiej więc nie być chytrym.

Żaden ze mnie znawca, więc nie wypowiem się zbyt obszernie na temat architektonicznej strony kościołów w Danii. To, co zauważyłam w kilku okolicznych kościołach, to elementy nawiązujące do marynistyki. Trudno się zresztą dziwić, skoro Dania to w dużej mierze wyspy, a do morza nigdy nie jest daleko. Ciekawym zjawiskiem są również znajdujące się na wyspie Falster różowe kościoły. Wyszperałam gdzieś, że kolor dawniej bardziej wpadał w czerwień i miał nawiązywać do głównego kolory duńskiej flagi. Teraz są śliczne, różowe, takie mało-kościelne i przez to przesympatyczne.

W Danii oczywiście znajdziemy również inne świątynie – synagogi, meczety oraz kościoły katolickie. Osoby wierzące nie powinny się obawiać, że gdzie one się będą teraz w tej Danii modlić, skoro to wszystko luterańskie?! U nas w mieście jest prężny kościół katolicki, a skoro u nas jest, no to błagam – wszędzie się znajdzie. A już z całą pewnością w większych miastach.

Bycie w Danii to dla mnie w ogóle bardzo wartościowa lekcja o religiach świata. W szkole językowej spotykam ludzi, reprezentujących przeróżne wyznania i opowiadających o swojej wierze – o ileż to bardziej dokładne i interesujące, niż żmudne wykłady w liceum. Drugą religią, po luteranizmie, jest tutaj islam (według Wikipedii 4%) – trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę liczbę zamieszkałych muzułmanów. Najważniejsze jest chyba jednak to, że w Danii możemy wyznawać, co tylko nam się podoba, i nikt nie będzie nas z tego powodu oceniał – a o to w tym wszystkim powinno chodzić.