Ukryty Kot

Jesienna nostalgia

21 Wrz , 2017  

Jest teraz taki czas w roku, kiedy najbardziej zbiera mi się na refleksje maści wszelakiej.

Nadeszła jesień, moja druga jesień na emigracji. Po prawdzie nadeszła już jakieś półtora miesiąca temu, zamieniając znośną, przypiekającą odrobiną słońca i grożącą tylko umiarkowaną ilością wody kapiącej z nieba wiosnę w typowo duński mix porywistych wiatrów, pojawiających się znikąd deszczów i okazjonalnych burz. Lato? Co znaczy to obcobrzmiące słowo…?

Wraz z jesienią, rok rocznie, przeobrażam się jeszcze bardziej w kota typowo domowego – nareszcie mogę być sobą! Koc, herbatka, książki, poduszki, świeczki… Do jesiennego hyggowania zostałam po prostu stworzona. Wszystko co robię w ciągu dnia ma mnie doprowadzać do tego wyczekiwanego momentu, kiedy jest mi wreszcie ciepło, skóra się odpręża, włosy już nie przeszkadzają, bo mogę je spiąć w najbardziej niereprezentacyjny kok, i lepiej żeby nikt mi teraz nie zawracał wąsa, bo będę drapać.

Jesienią łatwiej również znieść chorobę, bo, chociaż oczywiście nie jest przyjemnie wydmuchiwać i wycharchiwać te wszystkie obrzydliwe rzeczy, wydłuża się jednak czas spędzany w ciągu dnia w formie burrito. Jedyna taka okazja, żeby biernie poprzyglądać się, jak dom obrasta i zarasta, a pająki urządzają imprezę roku, bo powszechnie wiadomo, że jak kota nie ma, to harcują za wszystkie myszy świata. A, i jeszcze nie czuć z tego powodu wyrzutów sumienia.

Tydzień temu rozchorowałam się jak nigdy – zupełnie nieoczekiwanie, z rozmachem, i tak się choróbsku u mnie spodobało, że zaczęło negocjować warunki wynajmu. Jednak, zamiast przyglądać się pająkom, tym razem przyglądałam się ludziom. No dobra, tylko metaforycznie, bo przecież nikt się nie chciał do mnie zbliżyć.

Obecnie w środowisku Polaków mieszkających w Danii, w którym się mniej lub bardziej żwawo obracamy, nastąpił czas zwątpienia. Czas przełomowych wydarzeń i podejmowania długo dojrzewających decyzji. Czas powrotów radosnych i rozgoryczonych.

Jednym słowem – coraz więcej osób wraca do Polski. Są tacy, którzy pakują się i teraz, zaraz, najbliższym transportem chcą stąd uciekać. Są i tacy, którzy kalkulują, liczą, kiedy najlepiej, ile odłożyć, kiedy nadejdzie ten właściwy moment. Z przeróżnych powodów. Chociaż, nie, właściwie to z jednego – w Polsce będzie im lepiej.

Lepiej nie znaczy, że ledwie wrócą, a pieniądze zaczną wypełniać im kieszenie, walizki, szuflady komody. Ani że wymarzona praca czeka na nich i natarczywie dopytuje, kiedy chcieliby zacząć.

Sęk w tym, że tutaj jest im trudno. Praca jest, ale byle jaka. Zarobki niezłe dla Polaka, ale Duńczyk by się roześmiał. Albo w ogóle jej nie ma, bo bez języka można co najwyżej na czarno i byle gdzie. Albo jest w sumie dobra, ale w Polsce byłoby więcej możliwości rozwoju, ciekawiej, ambitniej.

Zresztą, praca przecież to nie wszystko. A rodzina, przyjaciele? Niedzielny obiad u mamy, spotkanie z koleżankami z liceum, o ile oczywiście wszystkie się nie rozjechały po świecie. Rozmawiałyśmy ostatnio, jakby to było urodzić tutaj dziecko. Tak jak u wszystkich – rok na macierzyńskim, a potem do żłobka. No zwyczajnie, ale z drugiej strony… Jak to tak, bez pomocy babci?!

I żeby tak sobie po prostu wyjść z domu, przejść się do najbliższego sklepu i najzwyczajniej w świecie kupić ogórka kiszonego! Tak o, bo można (i bo pyszny). Dużo wymagam? To chociaż, żeby w całym mieście choć w jednym miejscu dostać mrożone wiśnie, choćby nawet kosztowały miliard koron, ale żeby gdzieś były! Gdzie tam. A dobry polski majonez? A włoszczyzna na rosół? A wszystkie te rzeczy, które tachamy co chwilę z Polski, już nawet nie z powodu wewnętrznego sknery, tylko dlatego, że tutaj ich po prostu nie ma?

Albo taki „Wiedźmin” w teatrze muzycznym, dziewczyny na proteście i setka przeróżnych wydarzeń, które odbywają się w mieście. W MOIM mieście. Które omijają mnie codziennie. Którym przyglądam się przez fejsbuka, przeklinając w duchu, jak bardzo tutaj nic się nie dzieje. O ile bardziej Duńczycy cenią sobie spokój i bezpieczeństwo własnego domu, niż przygodę!

Ja wiem, że piszę o tym już po raz enty na blogu, ale nigdzie nie jest różowo. Nie ma takiego miejsca na świecie, żeby wszystko było idealnie. Pomyślcie tylko, jak trudno byłoby utrzymać z dala wszystkich zdesperowanych nieszczęśników urodzonych gdzie indziej, którzy desperacko pragnęliby uszczknąć choć odrobinę tego nieskończonego szczęścia, gdyby takie miejsce istniało.

Dom to jednak dom. Mam koleżankę z Syrii, która chciałaby wrócić. Popukacie się w czoło i powiecie, że nienormalna. Jak to, przecież dostała taką szansę, mieszka w Danii, powoli układa sobie życie, gdzie by tam jej było chociaż w jednej milionowej tak dobrze? Nie zrozumcie mnie źle – ona tę szansę absolutnie docenia, w końcu sama stamtąd uciekła. Ale to jednak był jej dom. Wcale się nie dziwię, że marzy, że jeszcze wszystko się ułoży i będzie mogła kiedyś do niego wrócić.

I dlatego nasi znajomi wracają. Znajomi znajomych sprzedają meble i pakują walizki. Szereg osób rozczarowanych Danią, albo zwyczajnie stęsknionych za domem. I my ostrożnie wstępujący do tego szeregu.


  • To samo słyszałam na temat Polaków mieszkających w UK. Moja znajoma uczy polskiego jako drugiego/obcego i twierdzi, że oprócz Ukraińców jej najliczniejszą grupą uczniów są właśnie dzieci Polaków wracających z szeroko pojętego Zachodu. I mówi, że może w mniejszych miejscowościach tego tak nie widać, ale już w największych aglomeracjach (ta znajoma mieszka w Warszawie), już tak. Jej zdaniem wielka fala powrotów dopiero przed nami… Życzę zdrowia!

    • O proszę, dziekuję, że o tym napisałaś, nie miałam pojęcia! Fajnie znaleźć kolejne potwierdzenie swoich odczuć :). O czym zupełnie zapomniałam napisać (ach ten wirus), to dochodzące nas od znajomych słuchy, że z pracą w Polsce jest coraz lepiej, i że to idealny moment, żeby wracać. My jeszcze chwilę poczekamy i sami sprawdzimy, czy to prawda 🙂