Ukryty Kot

Nie jedz tyle

9 Paź , 2017  

Problem z otyłością u dzieci nasila się obecnie zarówno w Stanach, jak i Europie, i nie bardzo wiadomo, co z tym zrobić. Poza, oczywiście, zalecaniem ruchu i ograniczenia słodyczy. Co jest przecież szalenie skuteczne.

Dania, jako państwo bardzo opiekuńcze i skupione na problemach swoich obywateli, znajduje rozwiązania wielu problemów, z którymi inne kraje nie mogą sobie poradzić (ale nie wszystkich, co to, to nie). Lubię myśleć, że to po prostu dlatego, że 5,5 miliona mieszkańców to nie jest aż tyle ogarniania. Bo nie chcę do siebie dopuścić, że są na świecie ludzie, którzy po prostu potrafią zorganizować swój kraj, podczas gdy tyle innych zmaga się z najprzeróżniejszymi poważnymi problemami.

Powoli nadchodzą święta, a to w Danii kojarzy się, poza jedzeniem, z Julemærket (świąteczny znaczek pocztowy), która jest jedną z popularniejszych w Danii organizacji charytatywnych. Kiedy po raz pierwszy o niej usłyszałam, uznałam, że na pewno zajmuje się zbiórką pieniędzy dla dzieci z biedniejszych rodzin, tak żeby i do nich zapukał święty Mikołaj. Głupia ja, zapomniałam, że w Danii prawie nie ma biednych rodzin.

Julemærker powstały w 1903 roku, jako pomysł Einara Holbølla, pracującego wówczas na poczcie. Wymyślił on, że jeśli wypuścić serię specjalnych znaczków świątecznych, które będą droższe, ale za to jakie śliczne, a zebrane w ten sposób pieniądze będzie można przeznaczyć na leczenie dzieci chorych na gruźlicę.

Kiedy jednak rzeczywistość się zmieniała, organizacja również musiała dostosowywać swój profil i otwierać się na nowe problemy. W pewnym momencie dostrzegła, że dzieci trochę za dużo jedzą, a za mało się ruszają, w efekcie czego zaczynają tyć. A to prowadzi do przeróżnych chorób. Czyli tego, czego Dania wystrzega się jak ognia, ponieważ personel medyczny się starzeje i przechodzi na emerytury, a młodych lekarzy jest mało i jeszcze do tego potrafią od czasu do czasu wyemigrować.

Tak więc trzeba było po prostu wymyślić, jak pomóc otyłym dzieciom, ku obustronnej korzyści. I wymyślili.

W Danii znajdują się obecnie 4 Julemærkehjemme (domy znaczka świątecznego). Tutaj dzieci przez 4 miesiące uczą się jeść zdrowo, nabierają dobrych nawyków, przekonują się, że ruch nie zabija, a wręcz przeciwnie. Odbywają się tu także normalne zajęcia, tak żeby nikt nie narobił sobie zaległości w szkole. Ale, co jest w tym wszystkim najważniejsze, dzieciaki znajdują się wśród ludzi, którzy ich akceptują, rozumieją i którzy chcą im pomóc. I to jest klucz do sukcesu.

Wiesz, jak to jest być nastolatkiem z nadwagą? Ja nie wiem, ale starcza mi empatii, żeby to sobie wyobrazić. Dzieciaki są bezlitosne, tego akurat chyba doświadczyła większość z nas. Nie przejmują się uczuciami innych, ważne jest tylko to, żeby być popularnym i fajnym, a to się zawsze odbywa kosztem kogoś innego. I teraz wyobraź sobie (a może to znasz?), że w szkole słuchasz szyderstw, i to jeszcze w momencie dorastania, kiedy twoje ciało się zmienia, kiedy próbujesz zrozumieć, co się z tobą dzieje, i zaakceptować siebie. Masz wtedy siłę zmuszać się do jedzenia warzyw, czy raczej uciekasz w słodycze, zajadając stres, smutek, może nawet depresję?

Albo kiedy twoja rodzina nie potrafi dać ci potrzebnego wsparcia, a jedyne co słyszysz to komentarze dotyczące twojego wyglądu i złote rady w stylu: Musisz mniej jeść! Wow, serio, dzięki za olśnienie mnie, nie miałam pojęcia, że moja waga ma jakiś związek z jedzeniem!

Dzieciaki w wieku dorastania przede wszystkim potrzebują wsparcia i przyjaciół. I to dotyczy wszystkich problemów, jakie mogą je w tym okresie nękać. W tym i otyłości. Objadanie się, czego wielu ludzi nie jest w stanie zrozumieć, jest przede wszystkim problemem psychicznym. Przecież naturalną reakcją na wzgardę ze strony obiektu westchnień jest pudełko ulubionych lodów. Kiedy nastrój huśta się przed okresem zajadamy wkurwa chipsami i czekoladą. Jedzenie, zwłaszcza śmieciowe i cukrowe, poprawia nam humor, jest źródłem przyjemności. Co więc dziwnego w tym, że zestresowane, nieszczęśliwe dziecko robi to, co sprawia, że choć przez chwilę czuje się lepiej?

Co innego, gdy otoczenie się zmienia i nagle tych pozytywnych bodźców jest więcej niż negatywnych. Kiedy zdobywamy przyjaciół, których nie obchodzi nasz wygląd, którzy mają ten sam problem, rozumieją, wspierają i dzielą się z nami gotowaną bez soli marchewką. Z którymi możemy pójść pobiegać i przekonać się, że wysiłek fizyczny to nie tylko zasuwanie pod batem nauczyciela, ale także źródło przyjemności i satysfakcji. Którzy pomagają nam zaakceptować siebie, a także świadomie i dobrowolnie zmieniać swoje życie. Dopiero takie zmiany mają realną szansę się utrzymać.

Obecnie istnieje wiele różnych form przekazywania organizacji finansowego wsparcia. Wystarczy wejść na stronę, zajrzeć do sklepu, poczytać o tym, jak zostać świątecznoznaczkowym przyjacielem. Dzięki temu dzieci z problemem nadwagi czy otyłości mogą udać się do lekarza i otrzymać skierowanie na czteromiesięczny pobyt w Julemærkethjem. Zamiast zmiatać problem pod dywan, mówi się o nim otwarcie. Brawo, Danio. To mi się podoba.


  • Bardzo dobra inicjatywa! Inne kraje mogłyby ją zaimportować 😉 Niestety całą Europę powoli dotyka epidemia otyłości. Widzę to też w Norwegii i trochę to smutne. Niby wszyscy biegają i chodzą na siłownię, ale z drugiej strony standardowa kolacja to pizza z mrożonki lub danie na wynos (nie żartuję, mam teraz tego przykład na codzień). Trochę to smutne.
    A tak jeszcze apropo ruchu – ostatnio byłam na zajęciach zumby i sama instruktorka była trochę przy kości. Nawet bardzo. Ale ok, pomyślałam, nie ma co się zrażać, może ma super kondycję. Niestety w trakcie zajęć prowadząca tylko pokazywała nam pierwsze kroki, po czym musiała się zatrzymywać, bo brakowało jej tchu. Chciałabym wierzyć, że to tylko wyjątek…

    • Dokładnie to samo jest w Danii – rano siłownia, a na obiad puste kalorie z mrożonek… Plus cola i chipsy, Duńczycy mają jakiegoś fioła na punkcie słodkich napojów gazowanych. Ja tu jestem jakaś nienormalna, bo jak można nie mieć zapasu w domu?
      Muszę przyznać, że prychnęłam śmiechem, wyobrażając sobie tę nauczycielkę zumby… Chociaż jest to oczywiście bardziej przerażające niż śmieszne. Aż trudno uwierzyć, że to nie jest tylko smutny, przerysowany żart…

      • Tak, co najmniej 5 butelek coli w lodówce obowiązkowo! 😀 A co do zumby to niestety sama prawda. Już nigdy nie wróciłam na zajęcia do tej pani, ale z tego co widzę zazwyczaj ma pełną salę. Widocznie tylko ja mam jakiś problem z tym, że instruktorka sama nie nadąża za własnym układem 😛