Patrick Kingsley - Duńczycy. Patent na szczęście

Ukryty Kot

Wprowadzenie do duńskości wg Patricka Kingsleya

17 Paź , 2017  

Ostatnimi czasy natknięcie się na co najmniej jedną pozycję poświęconą hygge w księgarni jest nieuniknione. A jak nie hygge, to szwedzkie lagom, czy też polskie jakośtobędzie.

Książkę Patricka Kingsleya „Duńczycy. Patent na szczęście” kupowałam bez większej nadziei, a raczej z obowiązku. W końcu wypadałoby, żebym jako blogerka zajmująca się Danią trochę się zainteresowała. Okazało się, że zmierzenie krytycznym spojrzeniem zawartości kilku hygge-cudeniek nie czyni mnie jeszcze ekspertem, więc kupiłam. Mniejsze zło, jak mi się wydawało po przeczytaniu kilku recenzji.

No bo skoro patent na szczęście, to na pewno będzie o hygge, bo o czym? Cały świat stara się ostatnio za wszelką cenę przekonać nas wszystkich, że zostawienie wypłaty w Ikei na dziale koców i świeczek poprawi jakość naszego życia z dnia na dzień. A tu takie radosne dziecko na okładce – na pewno jego pokój po prostu tonie w poduszkach.

Wierzę w twoją inteligencję, na pewno już wiesz, że się pomyliłam, oceniłam książkę po okładce i stąd ten przydługi wstęp. Tak. Patrick Kingsley rzeczywiście miło mnie zaskoczył. Jego książka to nie jest zbiór porad, które można o kant dupy potłuc, ale niezbyt długa opowieść o Danii, o Duńczykach, o tym, jak myślą i skąd faktycznie to ich szczęście się bierze. O Duńskiej kuchni, której osobiście zarzucamy bardzo wiele, ale najwyraźniej to dlatego, że nie jedliśmy w żadnej z duńskich restauracji nagrodzonych gwiazdką Michelin. O bezpłatnym systemie szkolnictwa, ochronie środowiska, duńskiej architekturze.

Spodobało mi się bardzo, jak autor podsumował podejście Danii do kwestii imigrantów. Pisze: „Jest ona jednocześnie miejscem głęboko konserwatywnym i niezwykle tolerancyjnym”. Tak rzeczywiście jest. Z jednej strony Duńczycy uwielbiają pokazywać się jako wspierający imigrantów, stwarzający możliwości, ludzie są przeważnie bardzo przyjaźnie nastawieni i broń borze nikogo nie oceniają. Z drugiej strony spróbuj znaleźć pracę, pójdź coś załatwić, posłuchaj tego, co mówią politycy w telewizji. Dania bardzo chce być tolerancyjna, ale nie kosztem jednolitości swojego społeczeństwa, a tego nijak nie da się pogodzić i, prędzej czy później, będzie musiała się wreszcie zdecydować.

Autor zwraca uwagę, że duńskie szczęście to nie jest najbardziej fortunne wyrażenie. Bo tu nie chodzi o to, że Duńczycy podskakują radośnie na ulicach, rozsypując naokoło uśmiechy i kwiaty. Trafniej by było mówić o duńskim zadowoleniu. Oni są po prostu zadowoleni ze swojego spokojnego, bezpiecznego życia. Wynika to, jak wskazuje Patrick Kingsley, między innymi z faktu, że wszyscy mają podobnie. W państwie opiekuńczym każdy, kto pracuje, może liczyć na godną pensję, a każdy, kto akurat nie pracuje, na pomoc. Wszystkim wiedzie się dobrze, nie patrzą z zazdrością na podjazdy sąsiadów, czy nowe szpilki sąsiadek. W takiej sytuacji rzeczywiście od razu łatwiej cieszyć się świeczkami.

Żeby nie było, mam tej książce co nieco do zarzucenia. Mam wrażenie, że autor skupia się na większych duńskich miastach. Na przykład nie trafia do mnie jego stwierdzenie, że duńska młodzież owszem, może pić alkohol w młodszym wieku, niż w innych miejscach w Europie, ale za to robi to z umiarem. Że gdzie indziej dzieciaki jak już się dorwą, chleją do nieprzytomności. Ciekawe, że ostatnio mijaliśmy dwóch pijanych w sztok, na oko trzynastoletnich chłopców, około godziny drugiej po południu. I to nie jest jakiś zupełny ewenement, nie wspominając już o tym, co tu się dzieje w weekendy. Nie, nie wydaje mi się, żeby przyzwolenie na picie zwiększało rozsądek nastolatków. Zależy to raczej, jak wszędzie indziej, od wychowania, środowiska i rówieśników. Pamiętajmy, że Dania to jednak głównie małe miasteczka i prowincje, więc uogólnianie na podstawie obserwacji ze stolicy opatrzone jest sporym marginesem błędu.

Takich miejsc, w których zatrzymałam się na chwilę, by znacząco zmarszczyć brwi było kilka. Biorę jednak poprawkę na to, że niektóre moje doświadczenia są specyficznie związane z regionem, w którym mieszkam, nie chcę więc wchodzić w głębszą polemikę z autorem. Mogę się nie zgadzać z tym, czy owym, ale w gruncie rzeczy muszę przyznać, że książka trafnie ujmuje istotę duńskości – na tyle, na ile jest to możliwe na dwustu stronach.

Co mi przeszkadzało w lekturze, to jej chaotyczność, przez którą nierzadko miałam problem ze skupieniem się na treści. Pojawia się sporo osób, których imiona się przeplatają, a historie nie są na tyle dokładne, żeby łatwo ich od siebie odróżniać. Uznaję to jednak za upierdliwy, ale jednak szczegół. Książka porusza najważniejsze aspekty duńskiej kultury współczesnej i jest niewątpliwie godna polecenia, a już zwłaszcza, jeśli przyjdzie ci do głowy kupować coś o hygge. Niech ci wtedy stanie przed oczyma kot krzyczący dramatycznie i ciągnący cię w stronę książki ze zdjęcia.