Ukryty Kot

Słodko-gorzki listopad

13 Lis , 2017  

Dowiedziałam się ostatnio, że listopad, zwłaszcza w Danii, uważany jest za najgorszy miesiąc w roku.

Uderzyło mnie to, bo po prawdzie, nigdy w życiu nie zastanawiałam się, który miesiąc zasługuje na miano najgorszego. Akceptowałam różnice pomiędzy nimi, jedne lubiłam bardziej, drugie może trochę mniej, ale żeby tak od razu, z grubej rury, przylepiać któremuś taką okropną etykietę?

Ale nie żebym nie rozumiała. Rozumiem doskonale. Zwłaszcza tutaj, w Danii, jesień jest bardzo przygnębiającą i deprymującą porą roku. Dni coraz krótsze, ciemno rano, ciemno po południu (chyba że ciemno cały dzień, tak jak u nas w domu), zimno, raz wieje, raz pada, liście złowrogim szelestem budzą nas ze snu. Nie chce się wychodzić z domu, nie chce się zakręcać kaloryfera, chociaż zeszłoroczny rachunek krzyczy, żeby zrobić to natychmiast.

Jest taki wiersz – Novembertema (Motyw listopadowy). Leci tak:

“Året har 16 måneder: November
december, januar, februar, marts, april
maj, juni, juli, august, september
oktober, november, november, november, november.”
Henrik Nordbrandt

Dla porządku przetłumaczę: Rok ma 16 miesięcy: Listopad
grudzień, styczeń, luty, marzec, kwiecień
maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień
październik, listopad, listopad, listopad, listopad.

Bezbłędnie oddaje marazm, który ogarnia ludzi, niechęć do wszystkiego i wszystkich oraz wrażenie, jakie towarzyszy temu stanowi: że to się nigdy nie kończy. Poza tym Duńczycy, i nie tylko, wprost uwielbiają Gwiazdkę i nie mogą się jej doczekać. A pomiędzy ostatnią okazją do zabawy, czyli Halloween, a świętami właśnie stoi, niczym ten wielki przygłupi ochroniarz, który nie rozumie, że twój dowód osobisty naprawdę został w innej torebce, on – przebrzydły listopad.

Ale ja się z tym wszystkim absolutnie nie zgadzam.

Owszem, listopad to ostatnia przeszkoda przed ukochanym grudniem, pierogami, pakowaniem prezentów, dźwiękiem igieł spadających z choinki, gdy raz po raz o nią zahaczasz. Tak, jest zimno i wcześniej robi się ciemno. No i tak pogoda, z jej wszystkimi humorkami.

Tylko że wiesz, w tym oczekiwaniu tkwi duża porcja przyjemności. W tych ciemnych porankach kryją się przytulne, wypełnione zapachem herbaty chwile, kiedy świat jeszcze nie do końca się obudził. Za oknami jest ciszej, słychać coraz wyraźniej świergot głodniejących powolutku ptaków. Pogoda nie daje się przewidzieć i przez to nie odbiera nadziei, na jakąś spóźnioną burzę albo przedwczesny śnieg. Rok temu o tej porze nasze miasto pokryte było bielą, jak na filmach (nie wierzyłam, ponieważ byłam wtedy w Polsce i widok mnie ominął, ale koleżanka miała dowód w postaci zdjęcia).

Kolorowych liści co prawda coraz mniej, wszystkie zrobiły się brązowe, a większość drzew świeci już kompletnymi pustkami. Ale gdy tylko wyjdzie słońce, wszystko i tak pokrywają jesienne kolory i, pomimo chłodu, aż chce się wyjść.

Tak jest na przykład dzisiaj. Jeszcze niedawno prognoza zapowiadała burzę, ale słońce postanowiło postawić na swoim. Jest tak przyjemnie, że poszłam do jednego sklepu, potem do drugiego, stwierdziłam, że w trzecim kupię lepszą cebulę, ale okazało się, że jest do odwołania zamknięty z powodu szkodników, więc postanowiłam wrócić do pierwszego, bo jednak tam mieli lepsze marchewki niż w tym drugim. I ani trochę nie było mi przykro (może troszeczkę, bo w tym trzecim mają jednak najlepsze masło).

A teraz siedzę sobie i słucham jak kasza się gotuje i myślę o tym, jak Niedźwiedź wróci głodny i zmęczony do domu, a ja mu podam ten pyszny zdrowy obiad, i o tym jak dużo dnia jeszcze przede mną, i o tym jak to dobrze, że świat jest taki ładny, ale jeszcze nie jest aż tak zimno, żebyśmy musieli te cholerne kaloryfery rozkręcać.

Osobiście dopiero teraz czuję, że wydobyłam się z październikowego doła i znów mi się chce. Niech ta piękna duńska trwa te 5 listopadów… Chyba, że miałby spaść śnieg. No oczywiście, że śnieg jest najlepszy.