Ukryty Kot

Duńskie zimno

5 Gru , 2017  

Skandynawia miała oznaczać idealne zimy. Śnieg, mróz, dłuższe noce, magiczne ponure krajobrazy. Tak to sobie wyobrażałam.

Łatwo zrozumieć, że mając gdzieś tam w swoim ptasim móżdżku taką wizję, podskoczyłam wręcz z radości na wieść, że Niedźwiedź mieszka w Danii i jeśli coś ma z tego wyjść powinnam rozważyć przeprowadzkę. Ależ owszem, ależ chętnie! Bo ten śnieg, ten mróz, te noce…

Mogłam dojść do tego, w jak wielkim błędzie tkwiłam, rzucając okiem na mapę – ale po co! Kto by się tam przejmował, że to południe Danii, że to w sumie niewiele wyżej od Polski, że może to, co sobie wyobrażam, to bardziej północna Norwegia. Marzeń się przecież nie zabija ot tak, jakimś tam zdrowym rozsądkiem.

Marzenia najskuteczniej giną na drodze empirycznej. Moje umarły w ciężkich konwulsjach rok temu. Wcześniej co prawda odwiedzałam Niedźwiedzia zimą, ale taki tam tydzień raz na jakiś czas nie daje przecież żadnego rzetelnego oglądu. To, że akurat nie było śniegu nic przecież nie znaczy. Pech raptem. Co z tego, że Niedźwiedź twierdził, że tak jest cały czas – nie był obiektywny i odkąd Dania zaczęła go rozczarowywać malował ją tylko w czarnych barwach. A ja wolałam wierzyć w ten śnieg.

Już nie wierzę. Zastanawiam się tylko, czy to ja przenoszę ze sobą taką antyśniegową aurę, bo w Polsce też przecież nie najczęściej go doświadczałam. Albo może po prostu nie potrafiłam docenić. Teraz siedzę i blokuję znajomych na fejsie, żeby powstrzymać krwawienie serca.

Zima w Danii to jest jedna wielka porażka. Przez ostatnie 117 lat tylko 9 razy trafiły się „białe święta” – nie licząc oczywiście Grenlandii (swoją drogą, może właśnie tam powinniśmy się przeprowadzić). Dzie-więć! Tzn. owszem, tu i ówdzie popada, ale żeby większość kraju pokrył śnieg? Pfff…

U nas praktycznie nie śnieży, a co naśnieży, to zaraz się rozpuści. Wieje jak zwykle, albo i bardziej, okropnym mroźnym wiatrem. Czasem, na domiar złego, świeci słońce, ostre i oślepiające, rzadko spotykane latem. I co z tego, że termometr pokazuje plus 5, skoro wystarczy wyściubić nos za drzwi, żeby z oczu pociekły łzy, które natychmiast zaczną zamarzać. Jest cholernie zimno. U nas w domu też, chociaż przyzwyczajamy się, wytrzymujemy już temperaturę 16 stopni, przy których rok temu trzęśliśmy się jak galaretki.

Jak to znosimy?

1. Czapka

Jeśli myślisz, że nienawidzisz czapek, że źle w nich wyglądasz, że jesteś ich największym wrogiem – mylisz się. Gwarantuję, że nie cierpię ich co najmniej dwa razy bardziej. Po pierwsze, naprawdę w mało której wyglądam jak człowiek, w większości przypominam wyrośniętego przedszkolaka. Po drugie, nie ma takiej czapki, która nie naelektryzowała mi włosów i nie popsuła fryzury, a tym samym doszczętnie nie zniszczyła reszty dnia. Po trzecie nigdy nie mogę znaleźć takiej, żeby pasowała mi do całej reszty zimowego outfitu.

Całe świadome życie odmawiałam noszenia czapek. Mój pierwszy bunt to był właśnie bunt czapkowy. Nie było mi zimno, chociaż czasem kolczyki przymarzały do uszu i trochę bolało. W ostateczności mogłam nałożyć kaptur. Czapka? Nigdy!

Odkąd mieszkam w Danii w okolicach grudnia przemieniam się w ponurego krasnoludka, z miną pokonanego przemieszczającego się od punktu A do punktu B. Wymiękłam.

2. Warstwy

To akurat przyjemniejsza sprawa. Koszulki, bluzki, swetry, jedno na drugie, a na to cieplutka kurta – uwielbiam.

Warto pamiętać, że aby uchronić się przed wiatrem, należy te warstwy odpowiednio dobierać i nakładać – żeby najbardziej spodnia część garderoby nie odsłaniała ani kawałka pleców i żeby żadna warstwa nie odstawała od poprzedniej. Bo możesz mieć pewność, że wiatr znajdzie wszystkie te luki.

Pozostaje tylko zazdrościć ogrom i cebulom, że warstwy mają już wbudowane.

3. Koc i kominek

Nie wiem, jak mogam żyć bez kominka i nie mam pojęcia, jak się tego z powrotem nauczę. W Danii, wbrew temu, co wyczytałam ostatnio w poradniku, zdecydowanie bardziej opłaca się zainwestować w brykiety drzewne, niż odkręcać kaloryfer. Nie powiem, ile zapłaciliśmy rok temu za ogrzewanie zimą. To zbyt straszne.

Czasami w wynajmowanych mieszkaniach opłaty za wodę i ciepło uwzględnione są w czynszu i to jest najlepsza (kh kh najtańsza) opcja. Baaardzo często z kaloryferami są problemy – nasz się na przykład za mocno i za szybko nagrzewa. Właścicieli takie kwestia nic nie obchodzą, jeśli to my sami płacimy za ogrzewanie.

Koc i kominek – przyjemniej i taniej.

4. Herbata lub coś mocniejszego

Czasem jest tak, że myślę sobie, że zamarzam, nie wytrzymam, muszę odkręcić kaloryfer i przykleić się do niego cała. I obracać jak dzik na rożnie. Ale wystarczy, że napiję się ciepłej herbaty (albo specjalnej herbaty Niedźwiedzia z magicznym składnikiem) i robi mi się tak gorąco, że ściągam sweter i zimowe papucie, zastanawiając się dlaczego okna są tak szczelnie pozamykane.

5. Niedźwiedź

To właściwie sposób najbardziej skuteczny, często też najszybszy i najprzyjemniejszy. Zwłaszcza jeśli chodzi o przedsenne zagrzewanie. A wtedy, po długich minutach spędzonych w łazience na wieczornym szykowaniu się do snu, zawsze jestem najbardziej przemarznięta.

Prawdę mówiąc, dużo mnie kosztowało zrezygnowanie ze spania samemu. Uwielbiałam spać sama, wiercić się, mościć, układać kołdrę raz tak, a raz inaczej, wypróbowywać wszystkie możliwe kombinacje żeby znaleźć tę idealną na daną noc. Nigdy nie lubiłam spać z kimś, i przeważnie bardzo słabo przesypiałam takie noce. Bałam się ruszyć, żeby nie obudzić, sama zaś budziłam się z wyrzutami sumienia, że na pewno za mocno się rzucam przez sen. Nie mówiąc już o dźwiękach, jakie inni ludzie potrafią przez sen wydawać. Najłatwiej właściwie spało mi się zawsze z najbliższą przyjaciółką, która praktycznie się nie rusza, a oddycha ciszej niż elf.

Odkąd mieszkam z Niedźwiedziem odkryłam, że nie mogę spać zwrócona twarzą do niego. A to chrapnie, a to sapnie, a to chuchnie – no po prostu się nie da. Z drugiej strony, oczywiście, najbardziej zawsze chcę spać na tym zakazanym boku, niezależnie od tego, po której stronie łóżka się położę. Musiałam wypracować cały rytuał przekręcania się, tak żeby zaliczyć wszystkie ulubione konfiguracje, zanim położę się w tej ostatecznej, w której ewentualnie da się spać.

I pewnie bym tego wszystkiego tak dzielnie nie zniosła, gdyby nie to, że Niedźwiedź jest niesamowicie wygodny do nocnego przytulania i grzeje idealnie. Czasami trochę za bardzo, ale powiedzmy, że nie będę narzekać. Bez Niedźwiedzia już dawno bym tutaj zamarzła we śnie.