Mads Peder Nordbo - Dziewczyna bez skóry - okładka

Ukryty Kot

„Dziewczyna bez skóry” i charakteru

17 Sty , 2018  

Umiesz sobie wyobrazić lepszą scenerię dla mrożącego krew w żyłach kryminału, niż mrożącą absolutnie wszystko w ciele Grenlandię? Ja nie.

Z tego właśnie powodu, gdy tylko zobaczyłam książkę „Dziewczyna bez skóry”, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. A od momentu, kiedy ją skończyłam, czułam, że po prostu muszę o niej napisać.

Ostrzec.

Właściwie byłam przekonana, że czegoś takiego nie da się zepsuć – Grenlandia, autor (duńczyk Mads Peder Nordbo) sam mieszka w Nuuk, więc wszystko opisze z pierwszej ręki, a nie będzie wymyślał. Kryminał skandynawski – a to już samo w sobie stało się ostatnimi czasy gwarancją pewnej jakości. Nie mówię, że najlepszej, ale z całą pewnością na przyzwoitym poziomie.

Zacznę może od tego, o czym jest książka (oprócz tego, że o śniegu i morderstwach, co na pewno udało ci się rozgryźć). Nie wdając się w niepotrzebne i psujące (choć w tym wypadku wątpliwą) zabawę szczegóły – jest to historia brutalnych morderstw, poprowadzona dwupłaszczyznowo: w teraźniejszości odkrywamy ją wraz z duńskim dziennikarzem, w przeszłości, poprzez odnaleziony przez dziennikarza dziennik (he, he) obserwujemy śledztwo prowadzone przez duńskiego policjanta. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy nasz dziennikarz ma napisać o odnalezionych dopiero co zwłokach, prawdopodobnie należących do zmarłego wieki temu wikinga, które to następnego dnia w tajemniczy sposób znikają.

Teraz może przejdę do tego, co mi się w tej książce szalenie nie podoba.

1) Niekonsekwencja. Chociaż jesteśmy z głównym bohaterem (dziennikarzem) właściwie przez cały czas, poznajemy jego sny, podążamy za nim krok za krokiem, dokądkolwiek się uda, nagle dowiadujemy się, że wcześniej wydarzyło się coś, o czym nie wiemy. Przykład: w rozmowie wspomina, że kobieta udzieliła mu pewnej informacji. Ale kiedy 50 stron wcześniej przysłuchiwaliśmy się owej rozmowie, ta informacja w ogóle nie padła. Albo bohater opowiada, że wcześniej otrzymał smsa o takiej a takiej treści, ale nam nic o tym nie wiadomo! Zanim się do tych zabiegów przyzwyczaiłam, kilka razy nerwowo kartkowałam książkę, próbując odkryć, gdzie przysnęłam. Później się przyzwyczaiłam, ale za każdym razem czułam się oszukana. Zastrzegam zarazem, że nie chodzi o informacje kluczowe dla głównego wątku książki – ale cholera jasna, mimo wszystko.

2) Zero grozy. No może ewentualnie ociupinka, ale biorąc pod uwagę moje, z perspektywy czasu muszę przyznać, wygórowane oczekiwania, czuję się śmiertelnie zawiedziona. W tej książce dzieje się całkiem sporo rzeczy, brakuje jednak miejsca na to, żeby czytelnik zaczął się bać. Żeby się trochę pozastanawiał, o co tak naprawdę tutaj chodzi. Żeby zadrżał pod kocem, zupełnie tak, jakby to on brnął przez te pełne śniegu pustkowia, otoczony czernią nocy i poganiany świstem wiatru. Całkiem sam, zdany na łaskę niepozostawiającego śladów na śniegu zła. Żeby chociaż ze dwa razy ze strachu zamknął książkę, odłożył ją na stolik i poszedł się do kogoś przytulić.

3) Przewidywalność. Naprawdę rzadko kiedy cieszę się z tego, że odgadłam, kto jest złym, bo zwyczajnie najbardziej lubię tak poprowadzone kryminały, w których nikt nie jest poza podejrzeniami. W wypadku tej książki wszystko było podane mniej więcej czarno na białym. Właściwie tylko raz poczułam się zaskoczona, a to zdecydowanie zbyt mało.

4) Chciałoby się krzyknąć: plagiat, ale powstrzymam się przed tak ciężkim oskarżeniem. Kiedy wśród przepochlebnych recenzji „Dziewczyny bez skóry” przeczytałam, że oto powstała kolejna Lisbeth Salander, pomyślałam sobie: O, fajnie, kolejna silna postać kobieca! Lisbeth jest jedną z moich ulubienic, możesz więc łatwo zrozumieć, że od razu zapisałam to książce na plus.

Jakże się srogo myliłam!

Wyżej wspomniana postać kobieca to jest Lisbeth Salander. Różnice oczywiście są – stworzona przez Nordbo dziewczyna jest Innuitką, nie ma kolczyków, ale za to tatuaże na całym ciele, i kilka innych. Jednak charakter postaci jest praktycznie identyczny (choć mniej przekonujący), a szalę goryczy przelał moment, w którym oznajmiła, że włamała się na serwer rządowy. Rzadko zamykam ze złością książkę, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać.

Również fakt, że współpracuje z dziennikarzem, czyli naszym głównym bohaterem, kojarzy się z Millenium, a jeszcze bardziej to, że sprawa, w której utknęli razem łączy się z jej przeszłością.

5) Kiepska postać pierwszoplanowa. Proponuję nominację do Antyoskara. Główny bohater jest tak nieciekawy i irytujący, jakby książka była eksperymentem, ile takiej mdłej papki zmieści się na niespełna 400 stronach. Ale żeby chociaż był tak irytujący, jak na przykład Teodor Szacki, który doprowadzał mnie do szewskiej pasji przez całą trylogię. Wtedy byłabym zadowolona, bo, w przeciwieństwie do zmęczonego Harrym Hole Niedźwiedzia uważam, że dobra książka to taka, która wywołuje silne emocje, nawet jeśli chodzi o to, że nienawidzimy głównego bohatera. W przypadku „Dziewczyny bez skóry” nie mogę powiedzieć, żeby autorowi udało się wzbudzić we mnie jakiekolwiek emocje, oprócz zniechęcenia. I nie bez powodu ani razu nie padło tu imię głównego bohatera. Ja go najzwyczajniej w świecie nie pamiętam.

Jedna rzecz mi się w tej książce spodobała. Mianowicie dzięki niej udało mi się poznać, chociaż odrobinę, grenlandzką społeczność od środka. Zobaczyć, jak Innuici żyją z Duńczykami. Z jakimi problemami borykają się ludzie, praktycznie odcięci od reszty świata, pogrążeni w mroku i zimnie. Choć i tu czuję głęboki niedosyt. Jestem pewna, że jest tego więcej.

Poprzedni

Duńska monarchia

Królestwo Danii, składające się z Danii, Grenlandii i Wysp Owczych, ... Czytaj dalej

Następny

Historia duńskiego nieróbstwa

Duńczycy nie lubią pracować zbyt dużo – tydzień pracy oznacza ... Czytaj dalej