Ukryty Kot

To nie jest kraj dla introwertyków

7 Lut , 2018  

Mogłoby się wydawać, jakże mylnie, że zimna, mroczna Skandynawia, która wręcz zachęca do spędzania większości czasu w cieple własnych czterech ścian, to idealne miejsce do życia dla tych, którzy nie przepadają za dużymi skupiskami ludzi.

Również fakt, że większość Danii to małe miasta, miasteczka i wioski, wydaje się to przypuszczenie potwierdzać. Łatwiej zachować anonimowość, łatwiej także pozostać nieco na uboczu społeczeństwa i przełamywać swoje introwertyczne zwyczaje tylko wtedy, kiedy mamy na to ochotę.

Znamienne jest również to, że Niedźwiedź, zdecydowanie większy ekstrawertyk ode mnie, początkowo cierpiał w Danii bardziej ode mnie. Mi również brakowało (nadal brakuje) przyjaciół, rozrywek, rozmaitych wydarzeń kulturowych, ale z drugiej strony zawsze potrzebowałam wieczorów sam na sam z książką, zawsze odżywałam po jakimś samotnie spędzonym weekendzie. Jednym słowem radziłam sobie, on gorzej. Choć teraz muszę przyznać, że tutaj jednak można od tego dostać świra.

Ale, ale, ale! To tam pikuś. Bo prawdziwym problemem jest duński model edukacji i pracy.

Wspominałam już (chociażby tu), jak wygląda nauka w duńskich szkołach, ba, popełniłam nawet pochwałę tego systemu. I generalnie nadal się z tym zgadzam, chociaż nie byłabym sobą, gdybym nie dostrzegła jednak pewnych wad.

Mianowicie praca grupowa to nie jest podstawa nauki, to jest wyłączny sposób nauki. Męczący sposób. W szkole językowej dochodziło do takich absurdów, że kazano nam pisać w grupach wypracowanie. Często mam wrażenie, że praca grupowa to uniwersalny sposób na znalezienie uczniom zajęcia, kiedy brak pomysłów ze strony nauczyciela. „Podyskutujcie o tym w grupie”, „sprawdźcie to w grupie”, itd.

Nie inaczej wygląda praca w Danii. W lwiej części zawodów wszystko kręci się wokół współpracy, wymienianiu się zadaniami, burzy mózgów. Miałam jedną nauczycielkę, która właściwie każdą lekcję zaczynała od przypominania nam (w sposób dość gwałtowny i nie do końca sympatyczny), że jeśli nie umiemy pracować w grupie, nigdy nie znajdziemy pracy w Danii. Tak jakby imigrantom trzeba było przypominać, jak trudno wyjść tutaj z bezrobocia. Piękna motywacja.

Mniej więcej za pięćsetnym razem, kiedy owa nauczycielka postanowiła nam o tym przypomnieć, bo przecież minął cały dzień, odkąd ostatnio wspominała, zrozumiałam, że ja tutaj w takim razie wybitnie nie pasuję.

Nie chodzi o to, że nie umiem. Jak chcę, to umiem. Jak mam dobry dzień. Jak lubię osoby, z którymi mam pracować. Jak się rozumiemy i jakoś to idzie do przodu. Ale w lwiej części przypadków tak nie jest. Przeważnie dostaniemy do grupy jakiegoś tłumoka, któremu trzeba wszystko tłumaczyć i siedzę tylko, wyłamując palce, żeby nie połamać jemu. Spędzamy kupę czasu nad jednym prostym zadaniem, a ja nie dość, że niczego się nie uczę, to przeliczam, ile bym w tym czasie przeczytała, napisała, może nawet wyczarowała, kto wie.

I tutaj pozwolę sobie wrócić do podziału na introwertyków i ekstrawertyków. Warto zaznaczyć, że nikt nie jest w stu procentach jednym ani drugim, a każdy z nas ma w sobie mieszankę różnych cech. I tak np. ja, z przewagą cech introwertycznych, zamiłowaniem do pracy indywidualnej i nieumiejętnością prowadzenia rozmów z obcymi ludźmi, potrafię się przemienić w książkową ekstrawertyczkę w grupie przyjaciół, czy po prostu ludzi, z którymi dobrze się dogaduję. Mogę nawet zostać liderką takiej grupy, a co.

Zdarzyło się, że ktoś zapytał mnie „Jak to możliwe, że jesteś nauczycielką, jesteś taka cicha i nieśmiała”. Tak, jestem, w grupie obcych osób, w grupie, która mnie onieśmiela, w środowisku, w którym nie czuję się pewnie. Zupełnie inaczej jest, gdy prowadzę zajęcia. Gdy stoję na środku klasy, a przede mną siedzi kupa mniej lub bardziej wpatrzonych we mnie dzieciaków, którym mam spróbować przekazać chociaż trochę wiedzy. Można by pomyśleć, że to zupełnie inna osoba, niż ten stłamszony Kot z ławki, który znowu musi się męczyć robiąc wszystko wolniej, niż by potrafił.

I pomimo tego, co próbują mi wmówić Duńczycy, nie czuję, że moja wykonywana samodzielnie praca jest gorsza. To, że większość czasu wolę pracować sama, przekłada się na moją wydajność. Łatwiej mi się również skupić i wpaść na dobre pomysły w ciszy, podczas gdy typowe burze mózgów praktycznie zupełnie blokują przepływ informacji między moimi neuronami i czuję się jak kompletny półgłówek.

Czy będę gorszym pracownikiem? Nie, jeśli pozwoli mi się pracować tak, jak robię to najefektywniej. I nie tylko mi, oczywiście. Takich osób jest znacznie więcej i uważam, że w każdej pracy są bardzo potrzebne.

Na koniec zostawiam cię z krótkim filmikiem, w którym pan bardzo ładnie wyjaśnia w czym my, introwertycy, jesteśmy lepsi.

Poprzedni

6 powodów żeby zamieszkać w Danii

Jestem zdania, że każdy powinien mieć możliwość zdecydowania, w jakim ... Czytaj dalej

Następny

Nasze dobro narodowe w duńskim kinie

Czasem tak bywa, że ma się tego jednego ukochanego aktora, ... Czytaj dalej