Ukryty Kot

Duński model

12 Mar , 2018  

W ostatnim wpisie, podsumowującym luty, wspomniałam o zagrożeniu strajkami nauczycieli. Starałam się skrótowo wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi, ale temat zasługuje na osobny wpis – dziś więc zapraszam cię do zapoznania się z tzw. duńskim modelem.

W 1899, po okresie buntów pracowników pod przywództwem Louisa Pio, zostało podpisane Porozumienie Wrześniowe (Septemberforliget). Dokument ten zapewnił pracodawcom, zrzeszanym w organizacji o nazwie Dansk Arbejdsgiverforening (duńska unia pracodawców), prawo do kierowania i przydzielania pracy, natomiast związki zawodowe otrzymały prawo do zawierania umów określających warunki zatrudnienia i wynagrodzenie. Wszystko to miało oczywiście zapobiec wykorzystywaniu pracowników i zapewnić tymże godziwe warunki pracy, emerytury i to co pomiędzy. Ale też żeby się za bardzo nie rozwydrzyli.

Porozumienie to trwało do 1960 roku, kiedy to zastąpiła je nowa Umowa Główna. Założenia jednak pozostały bez zmian.

Ważną kwestią, jeżeli chodzi o działanie tego modelu, jest funkcjonowanie związków zawodowych. Większość osób pracujących na państwowych stanowiskach w Danii decyduje się na członkostwo w tychże związkach. Wiąże się to bowiem z szeregiem profitów i zabezpieczeń, a Duńczyków do tego typu spraw nie trzeba szczególnie zachęcać.

Duński model zakłada podpisywanie umów, zwanych overenskomst, pomiędzy organizacją pracodawców a organizacją związków zawodowych. Umowa taka zawiera absolutnie wszystkie szczegóły, jakie mogą dotyczyć umowy o pracę: wymiar godzin, długość przysługującego urlopu, składki na wypłatę wakacyjną (pieniądze, które Duńczycy dostają zamiast wynagrodzenia w czasie trwania urlopu, wynoszą mniej więcej tyle, co miesięczna pensja i w sumie to nie rozumiem, czemu nie mogą sobie ułatwić życia i wprowadzić płatnych urlopów), wysokość emerytury, urlopy macierzyńskie, wysokość stawki za nadgodziny itp. itd. Kiedy obie strony podpiszą taką umowę, jej ważność wynosi 4 lata i w tym czasie nikomu nie wolno marudzić ani strajkować. Ewentualnie można odejść z pracy, chociaż coś.

Po 4 latach przychodzi czas na podpisanie nowej umowy i wtedy jak najbardziej jest pora i miejsce na wylanie wszystkich żali. Wtedy się regularnie rozpętuje małe piekło.

Najpierw jest czas na to, żeby pracodawcy ze związkami się dogadali, co oczywiście pięknie wygląda w teorii, a tak jak można się tego spodziewać w praktyce. Kiedy im się nie uda, a np. w tym roku konkursowo im się nie udało, do akcji wkracza mediator. Jeśli mu się uda znaleźć kompromis, na który pójdą obie strony, to wszyscy się cieszą i katastrofa zażegnana. Bywa jednak tak, że każdy swoje i wszyscy sprawiają wrażenie, jakby w ogóle im nie zależało na dogadaniu się (skąd my to znamy?). Wtedy się robi nieprzyjemnie.

Mianowicie wówczas pracownicy mogą zacząć strajkować, a miejsca pracy mogą złośliwie się zamykać (nazywają to z angielskiego lockoutem). I chociaż strajk dotyczy tylko pracowników należących do związków zawodowych (czyli większości), to lockout uniemożliwia pracę nawet tym niezrzeszonym. Od wielu czynników zależy, czy podczas trwania takiego strajku lub lockoutu ludzie dostają jakiekolwiek wynagrodzenie, pozostaje jednak faktem, że spora część z nich zostaje bez pieniędzy. Pracodawcy natomiast nie zarabiają. Dania na pewien czas staje w miejscu, chociaż wszystki dookoła się kręci.

W ostatnim poście skupiłam się na strajkujących nauczycielach, bo to z nimi jest tym razem największy problem, ale jeśli dojdzie do strajków i lockoutów (pierwsze zaplanowano wstępnie na początek kwietnia), to będzie dotyczyło to wszystkich pracowników państwowych. Oczywiście poza policją, lekarzami od nagłych wypadków, strażą pożarną itd. Mimo wszystko brzmi to dosyć przerażająco.

O co ta awantura? O niewielką podwyżkę, której jedni chcą, drudzy odmawiają, o płatne przerwy na lunch, które były a już ich nie ma, o godziny pracy wreszcie.

Problem dotknie całego społeczeństwa. Co zrobią rodzice maluszków, których nie będzie z kim zostawić, gdy wszystkie żłobki się zamkną? Ktoś będzie musiał wziąć wolne, żeby zostać w domu. A co z niepełnosprawnymi? Co wreszcie z Polakami, którzy zaplanowali powrót do Polski zaraz po egzaminie, który nie będzie się mógł odbyć w zamkniętej szkole?

Wyliczono, że każdy dzień lockoutu będzie kosztował Danię miliard duńskich koron. Biorąc to wszystko pod uwagę, wydawałoby się, że głupotą będzie dopuszczenie do takiej skrajnej sytuacji. I po co właściwie, skoro koniec końców I TAK będą musieli się jakoś dogadać? Będą się brać na przetrzymanie? Sprawdzą, czy szybciej wymiękną nauczyciele, którym skończą się oszczędności, czy przerażeni wizją upadku ekonomicznego pracodawcy?

No ale nie żebym miała lepszy pomysł. Przynajmniej mają rozmach. Polskie strajki zawsze są traktowane z przymrużeniem oka, politycy mówią, że niech sobie strajkują, niech sobie wyjeżdżają. A jakby tak Polskę zamroziło totalnie, choćby na parę dni, to może rzeczywiście byłoby lepsze pole do rozmów.

Poprzedni

Podsumowanie #luty

W tym roku luty przyniósł Danii śmierć w rodzinie królewskiej, ... Czytaj dalej

Następny

Oceny - hot or not?

Uczeń może być szóstkowy, ale może być też przeciętny albo ... Czytaj dalej