Ukryty Kot

Oceny – hot or not?

19 Mar , 2018  

Uczeń może być szóstkowy, ale może być też przeciętny albo wiecznie zagrożony z kilku przedmiotów. Oceny warunkują to, jak postrzegamy własne i cudze dzieci, no bo przecież co dobrego może wyrosnąć z Asi, która ma same tróje…?

Pamiętam takie lata i takie przedmioty, na których oceny przestawały się mieścić w przeznaczonym dla nich rzędzie w dzienniku. Co bardziej zdeterminowani nauczyciele upychali po dwie na krateczkę, inni wzdychali zrezygnowani i doklejali dodatkowe arkusze. Zdawało się, że uparcie wierzą w znaczenie ocen jako wyznaczników jakości ich pracy. Daję dużo ocen, czyli robię dużo sprawdzianów, kartkówek itd., czyli pracuję jak wół żeby je przygotować, czyli jestem the best. No nie jestem?

Podczas studiów licencjackich miałam zajęcia o wdzięcznej nazwie „Ocenianie”. Spodziewaliśmy się, że poznamy zasady wystawiania ocen, liczenia średnich, średnich ważonych, co mamy robić, kiedy nie wiadomo co z uczniem zrobić. I o tym też mówiliśmy, ale przede wszystkim dowiedzieliśmy się, jak uczyć, żeby wystawiać ocen… jak najmniej. Przyznam, że na początku nie rozumiałam do końca o co chodzi pani prowadzącej zajęcia i czy sobie przypadkiem nie żartuje. Wszak jakże to tak można uczyć – nie wystawiając ocen?!

Ano można. Tak to właśnie działa chociażby w Danii.

W duńskiej szkole oceny pojawiają się dopiero w 8 (!) klasie. Oznacza to, że uczniowie mają do czynienia z ocenami tylko przez dwa ostatnie lata szkoły podstawowej (folkeskole). Przy czym wymagane są minimum 2 oceny w semestrze. Oczywiście później, w liceum (gymnasium), szkołach zawodowych, czy jeszcze dalej, na studiach, również dręczy się ich ocenami, całkiem tak jak w Polsce. Chociaż może nie do końca tak samo.

Skalę ocen też mają zresztą całkiem inną. Najwyższy wynik, jaki można osiągnąć, to 12 – w wolnym tłumaczeniu: doskonała, 10 – wspaniała, 7 – dobra, 4 – przeciętna, 2 – dostateczna, 0 – niedostateczna, -3 – słaba, przy czym dwie ostatnie nie zaliczają.

No dobrze, ale dlaczego uważam (i Duńczycy też), że to jest taki super pomysł, żeby dzieci nie dostawały w szkole ocen?

Przede wszystkim z powodu, o którym wspomniałam już we wstępie. Oceny stygmatyzują, przylegają do dzieciaków, nadają im łatkę „głupi”, „średnia”, „kujon”. I to od wczesnego dzieciństwa, kiedy przeciętny Jaś i Małgosia wciąż się dopiero kształtują, a ich samoocena jest bardzo krucha i w dużej mierze uzależniona od tego, jak postrzegają ich rówieśnicy i nauczyciele. A takich łat bardzo trudno się pozbyć. Dziecko, które dzień w dzień słyszy, jakie jest głupie i nigdy nic z niego nie będzie, bo nie może zapamiętać tabliczki mnożenia, bardzo szybko zaczyna w to wierzyć. I tym samym staje się jeszcze mniej chętne do nauki, zamyka się na wszystko co nowe, bo już mu się zakodowało w głowie, że jest głupie i nie da rady, choćby nie wiem co.

Podczas praktyk w szkole podstawowej widziałam to wszystko z bliska. Zbyt bliska. Dzieci pełne pasji, która może nie do końca akurat pokrywała się z rozwiązywaniem grafów, stłamszone i przestraszone w ostatnim rzędzie klasy. Dzieci dostające rozstrojów brzucha z nerwów przed codzienną kartkówką. Chłopców i dziewczynki, którzy, jestem o tym przekonana, z niedzieli na poniedziałek nie mogą spać, z obawy przed nadchodzącym tygodniem szkoły. A to wszystko w czasie, kiedy nawet nie powinni dostawać ocen (do 3 klasy podstawówki obowiązują tylko oceny opisowe), a najwyżej jakieś chmurki i słoneczka, co po prawdzie, umówmy się, jest niczym innym jak zawoalowaną formą oceniania. Słabo zawoalowaną. A i tak, tu i ówdzie, znajdą się nauczyciele, którzy będą stawiać trójki i piątki, bo tak jest im łatwiej i wygodniej.

No i bo rodzice. Jedna z najważniejszych przyczyn problemu. Rodzice często gęsto nie mają czasu na długie rozmowy o postępach i problemach swoich pociech – oczekują prostej informacji zwrotnej w postaci oceny. Są piątki? Moje dziecko ma same najlepsze oceny, na pewno zostanie prawnikiem. Tróje? A to łobuz, nie chce mu się uczyć. Albo nawet: moje dziecko jest zdolne, to pani je jakoś źle ocenia! Same z tym problemy.

W Polsce w czasie studiów pracowałam jako lektorka w szkole językowej, a moi uczniowie byli w wieku podstawówkowo – gimnazjalnym. Początkowo, zainspirowana tym, czego nauczyłam się na studiach, nie wystawiałam im ocen. Miałam zupełną dowolność jeśli chodzi o wybór sposobu sprawdzania wiedzy moich uczniów, poza oceną i opisową informacją na koniec każdego semestru. Szybko jednak pękłam – zarówno dzieciaki, jak i ich rodzice, stanowczo domagali się ocen. Nawet kiedy zaoferowałam im informację w postaci punktacji i procentów, żądali skali, która powie im, jaka to jest ocena. Bez tego czuli się zagubieni, a podejrzewam że część rodziców miała podejrzenia, że ja ich dzieci tak naprawdę wcale nie uczę. Poddałam się. Tłumaczyłam sobie, że to tylko zajęcia pozalekcyjne, więc i tak nie jestem w stanie w żaden sposób wpłynąć na ich postrzeganie siebie i nauki.

Ja jednak nie odnoszę wrażenia, że uczniom w Danii tych ocen jakoś bardzo brakuje. Dzieci uczą się, popełniają błędy – bo mają do nich pełne prawo. Na lekcjach uczą się przede wszystkim współpracy, rozwiązywania problemów, a praca domowa ma być tylko ćwiczeniem tego, czego nauczyli się w szkole, a nie lwią częścią materiału do opanowania samemu. Od 2 klasy piszą co roku narodowe testy (każdego roku z innego przedmiotu, np. w 3 klasie – z matematyki, a w 6 – duńskiego i matematyki). Wyniki tych testów nie wpływają jednak na całą ich przyszłość – służą przede wszystkim do oceniania ich własnych postępów na przestrzeni lat. Dopiero egzaminy na koniec 9 klasy mają wpływ na ich dalszą edukację. W Danii jednak nie ma tak silnego jak w Polsce przeświadczenia, że zawodówka to jest dno i koniec świata. (O innych zaletach duńskiej szkoły pisałam tutaj).

Jeden z argumentów przeciwko wyeliminowaniu ocen odnosi się do tego, że kiedy zostają one wprowadzone na późniejszym etapie edukacji, uczniowie czują się zagubieni, zestresowani, nieprzygotowani do tego. Moim zdaniem to bzdura. A sześcioletnie maluszki są przygotowane? Wydaje mi się, że jednak nastolatkowie mogą być trochę bardziej. Poza tym, przez pierwsze 7 lat edukacji ich pewność siebie nie była bezustannie kwestionowana. Nauczyli się już, że mają prawo popełniać błędy. Poznali swoje mocne i słabe strony, i nikt nie zarzucił im, że są gorsi od innych, tylko dlatego, że coś im nie wychodzi. Pewnie, że wraz z ocenami pojawi się stres. Ale nie weźmie ich z zaskoczenia i nie zniszczy wiary w siebie. Bo tę zdążyli nabyć wcześniej.

Poprzedni

Duński model

W ostatnim wpisie, podsumowującym luty, wspomniałam o zagrożeniu strajkami nauczycieli. ... Czytaj dalej

Następny

Kobieta w języku duńskim

Marzec: Dzień Kobiet, wiosna, utrata cennej godziny snu i nadchodzące ... Czytaj dalej